Kanadyjskie prawo wspiera swobodę wypowiedzi, ale karze publiczne nawoływanie do nienawiści i świadome propagowanie nienawiści "wobec jakiejkolwiek grupy, którą można zidentyfikować". Kodeks karny przewiduje za to karę więzienia do dwóch lat.

 

Nie jest karane używanie ostrych argumentów w publicznej dyskusji, wyrażanie opinii na tematy religijne, czy też używanie argumentów bazujących na religijnych przekonaniach. Kontrowersyjnych opinii czy informacji nie daje się zaskarżyć, gdy cytowane fakty są prawdziwe. Kodeks karny wyraźnie przy tym zaznacza, że opinie w prywatnych rozmowach nie są podstawą do składania doniesienia o popełnionym przestępstwie. Tak jest w przepisach federalnych, swoje regulacje mają też prowincje.

 

Szlaban dla działaczy

 

Przepisy o mowie nienawiści obowiązują w Kanadzie od 1970 roku i przypadek Dieudonne nie jest pierwszym, gdy służby graniczne zakazują komuś wjazdu. Drzwi zamykano już przed chrześcijańskimi czy muzułmańskimi duchownymi, a także antygejowskimi działaczami.

 

W 2014 roku antygejowski działacz z USA Peter LaBarbera został zatrzymany na kanadyjskiej granicy, ale ostatecznie pozwolono mu wjechać. W 2012 roku pastor z Florydy Terry Jones, znany ze swojej niechęci do islamu, został zawrócony z kanadyjskiej granicy. W 2010 roku pochodzący z Indii muzułmański duchowny Zakir Naik, znany z wypowiedzi, że "każdy muzułmanin powinien być terrorystą", nie otrzymał zgody na wjazd do Kanady.

 

Przepisy o mowie nienawiści stosuje się także wobec Kanadyjczyków. W 2013 roku Sąd Najwyższy Kanady orzekał w sprawie mężczyzny, który przygotowywał i rozdawał antygejowskie ulotki. Sędzia Marshall Rothstein napisał wówczas w uzasadnieniu, podtrzymując wcześniejszy wyrok wobec antygejowskiego działacza z Saskatchewan, że "w wypowiedziach, które narażają daną grupę na nienawiść, mowa nienawiści ma na celu delegitymizację członków takiej grupy w oczach większości, umniejszając ich pozycję społeczną i akceptację ze strony społeczeństwa. Kiedy ludzie są oczerniani jako godni pogardy czy gorszego traktowania, łatwiej jest usprawiedliwić ich dyskryminację". 

 

Granica między wolnością wypowiedzi a "hate speech"

 

Przy czym kanadyjskie przepisy o mowie nienawiści cały czas się zmieniają i trwa dyskusja o tym, gdzie jest granica między wolnością wypowiedzi a "hate speech". W 2013 roku konserwatywny rząd Stephena Harpera, mając większość w parlamencie, usunął z Canadian Human Rights Act (CHRA - ustawy regulującej na poziomie federalnym działalność kanadyjskiej Komisji Praw Człowieka) artykuł, który zakazywał wypowiedzi nawołujących do nienawiści w związku z m.in. rasą, religią i orientacją seksualną i dawał możliwość karania naruszających prawo grzywną wysokości 10 tys. dolarów kanadyjskich. Przepis ten uwzględniał publiczną przestrzeń wypowiedzi, jaką jest internet.

 

Krytycy przepisu, w tym dziennikarze, wskazywali, że jego obowiązywanie oznaczało cenzurę wobec dziennikarzy. Ciekawostką jest to, że usunięte przepisy federalne mają swoje odpowiedniki w przepisach prowincji, a Sąd Najwyższy Kanady orzekając we wspomnianej wyżej sprawie antygejowskiego działacza uznał przepisy w prowincjach za konstytucyjne. Artykuł CHRA o mowie nienawiści przestał obowiązywać w połowie 2013 roku, ale już na początku 2014 roku federalny sąd apelacyjny uznał, że zlikwidowany przepis był konstytucyjny. Rzecz jest tym bardziej złożona, że w 2009 roku Kanadyjski Trybunał Praw Człowieka uznał przepis za naruszający prawo do swobody wypowiedzi.

 

Dyskusja o definicji mowy nienawiści nie jest zakończona - w prowincji Quebec trwają prace parlamentarne nad projektem ustawy, którego krytycy zarzucają utrudnianie swobody wypowiedzi, jako że odnosi się nie tylko do wypowiedzi mających już miejsce, ale także do zamiaru wygłaszania takich wypowiedzi. Zwolennikami projektu są m.in. rozmaite grupy religijne. Ale np. działacze środowisk LGBT zachęcają raczej do edukacji, a nie wprowadzania surowych przepisów.

 

PAP