Oskarżony przekonywał też, że członkowie zarządu MTK nie mieli kompetencji w sprawach technicznych - za to odpowiadali pracownicy odpowiedniego działu, do których miał pełne zaufanie. Prokuratura zarzuciła b. szefom spółki umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy oraz nieumyślne doprowadzenie do niej.


Hala MTK zawaliła się ponad 10 lat temu - 28 stycznia 2006 r. podczas targów gołębi pocztowych. Zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. Toczący się od siedmiu lat przed Sądem Okręgowym w Katowicach proces w tej sprawie powoli dobiega końca.


Z 12 oskarżonych przez prokuraturę osób na ławie oskarżonych zasiada obecnie dziewięć. Jedna z nich dobrowolnie poddała się karze. Inny oskarżony zmarł w trakcie procesu, a sprawa kolejnego została wyłączona do odrębnego postępowania ze względu na stan zdrowia.


"Optymalny podział zadań"


Na środowej rozprawie Nowozelandczyk Bruce R. zakończył składanie uzupełniających wyjaśnień, z udziałem tłumaczek przysięgłych z języka angielskiego. Była to jedna z ostatnich do wykonania czynności przed wysłuchaniem mów końcowych i wydaniem wyroku. Na czwartkowej rozprawie sąd ma jeszcze rozpatrywać wnioski dowodowe stron. Jeśli je uwzględni, zostaną przesłuchani dodatkowi świadkowie, jeśli nie - przewód sądowy zostanie zamknięty.


Odpowiadając w środę przed sądem na pytania swego obrońcy Bruce R. podkreślał, że zgodnie z ustaleniami w zarządzie MTK był odpowiedzialny za strategię spółki, a nie bieżącą działalność. Tym, jak dodał, zajmował się  Ryszard Z., który był przez cały czas na miejscu. R. miał biuro i dom w Warszawie.


- Biorąc pod uwagę, że byłem w Katowicach średnio dwa dni w miesiącu, był to optymalny podział zadań - zaznaczył oskarżony i przekonywał, że nikt nie kwestionował takiego trybu pracy. Bruce R. dodał, że w ważnych sprawach członkowie kontaktowali się telefonicznie lub mejlowo.


"Nie chciałem umiejscowić w spółce żadnej warstwy niekompetencji"


Oskarżony zaznaczył też, że członkowie zarządu MTK nie mieli wiedzy ani kompetencji w sprawach technicznych, za to odpowiadali pracownicy odpowiedniego działu, którym w pełni ufał i był przekonany, że mają odpowiednie kompetencje. - Jako profesjonalista nie chciałem umiejscowić żadnej „warstwy niekompetencji” w spółce MTK - oświadczył.


Katowicka prokuratura okręgowa zamknęła śledztwo w tej sprawie latem 2008 r. Proces ruszył w maju 2009 r. Na ławie oskarżonych zasiedli m.in. byli szefowie MTK, projektanci i wykonawcy hali. Według prokuratury na tragedię złożyły się błędy i zaniechania w fazie projektowania i budowy hali, a także jej użytkowania i nadzoru nad budynkiem. W dniu katastrofy na dachu hali zalegała gruba warstwa śniegu.


Błędy w projekcie


Z jednej z opinii biegłych wynika, że główną przyczyną katastrofy były błędy w projekcie wykonawczym pawilonu. Odbiegał on znacząco od sporządzonego prawidłowo projektu budowlanego. Aby ograniczyć koszty, projektanci błędnie określili współczynnik kształtu dachu, błędnie też zaprojektowali przykrycie dachowe i słupy podtrzymujące konstrukcję.


Projektant części naziemnej hali Jacek J. i autor projektu konstrukcji żelbetowej Szczepan K. (wyłączony z głównej sprawy) zostali oskarżeni o umyślne sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy oraz samej katastrofy. Grozi za to do 12 lat więzienia. Z ustaleń śledztwa wynika, że mimo wielu alarmujących sytuacji, kierownictwo MTK lekceważyło zagrożenie.


"Mieli świadomość zagrożenia"


Według prokuratury kiedy na krótko przed katastrofą dach hali po raz kolejny ugiął się pod naporem śniegu, członkowie zarządu MTK -  Bruce R. oraz Ryszard Z. i dyrektor techniczny spółki Adam H. mieli świadomość zagrożenia, a mimo to nie zrobili niczego, by je zażegnać. Prokuratura zarzuciła im umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy oraz nieumyślne doprowadzenie do niej.


Kolejni oskarżeni to rzeczoznawca budowlany Grzegorz S., szefowie firmy, która była generalnym wykonawcą hali - Arkadiusz J. i Andrzej C. - oraz kierownik budowy Adam J. Na ławie oskarżonych zasiadła też inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie Maria K. Prokuratura zarzuciła jej nieumyślne sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy oraz niedopełnienie obowiązków na kilka lat przed katastrofą - powiadomiona w 2002 r. przez straż pożarną o ugięciu się dachu nie podjęła żadnych czynności w celu kontroli stanu budynku lub wyłączenie budynku z użytkowania.


Dach uginał się już wcześniej


Hala MTK od początku zdradzała swoje wady. Do pierwszej awarii doszło jeszcze w trakcie jej budowy - w styczniu 2000 r. Już wtedy konstrukcja dachu ugięła się pod naporem śniegu. Przedstawiciele generalnego wykonawcy hali nie wpisali tego do dziennika budowy i nie powiadomili inspektora nadzoru budowlanego - podawała prokuratura.


Usłyszeli zarzuty sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa zaistnienia katastrofy budowlanej i sprowadzenia samej katastrofy. Dwa lata później dach hali znowu się ugiął, zerwały się śruby podtrzymujące dźwigary i konieczna była naprawa. Dokonano jej na podstawie ekspertyzy rzeczoznawcy budowlanego Grzegorza S.


Zdaniem prokuratury nie zweryfikował on całości obliczeń statycznych pawilonu, nie sprawdził pozostałych dźwigarów, a jedynie ten uszkodzony. Chociaż naprawiony na podstawie ekspertyzy tego biegłego dźwigar ocalał jako jedyny w katastrofie to jednak prokuratura zarzuciła Grzegorzowi S., że nie zachował należytej ostrożności przy sporządzaniu ekspertyzy i w ten sposób nieumyślnie sprowadził powszechne niebezpieczeństwo katastrofy.


Spośród oskarżonych do winy przyznał się tylko były koordynator techniczny MTK Piotr I., który w dniu targów gołębi nie polecił otwarcia drzwi ewakuacyjnych, co jednak nie skutkowało śmiercią żadnego z poszkodowanych. Dobrowolnie poddał się karze za narażenie wielu osób na śmierć lub uszczerbek na zdrowiu.

 

PAP