Kończący prezydenturę Barack Obama na poczatku zażartował z siebie i gości.

 

- To zaszczyt być na moim ostatnim i przypuszczalnie w ogóle ostatnim przyjęciu dla korespondentów. Wyglądacie wspaniale. Koniec republiki nigdy nie wyglądał lepiej - powiedział do zebranych.
 
Głównie jednak dowcipkował o republikańskich kandydatach walczących o nominację w wyborach prezydenckich: Teda Cruza i Donalda Trumpa.

 

- Ted Cruz miał kiepski tydzień. Pojechał do Indiany. Wyszedł na boisko do koszykówki. Obręcz nazwał koszykarskim kołem. Co on jeszcze ma w słowniku? Patyki bejsbolowe? Futbolowe czapki? Ale co ja wiem, jestem przecież z zagranicy - stwierdził.

 

Obama nie oszczędzał Donalda Trumpa

 

Trump nie zjawił się na kolacji, co Obama mu wypomniał. - Mamy tu salę pełną dziennikarzy, celebrytów, kamer, a mimo to nie przyszedł. (...) Co takiego może teraz porabiać? Je steka? Pisze obraźliwe tweety do Angeli Merkel? - zastanawiał się na głos.

 

- Republikański estabilishment jest zdumiony jego kandydaturą. Mówią, że Donald nie ma dość doświadczenia w polityce zagranicznej, żeby być prezydentem. Ale bądźmy sprawiedliwi. On od lat spotyka się z liderami z całego świata: miss Szwecji, miss Argentyny, miss Azerbejdżanu - wytykał miliarderowi.


- Jest jeszcze jedna dziedzina, gdzie doświadczenie Donalda może sie okazać bezcenne: zamknięcie Guantanamo. Trump wie to i owo o doprowadzaniu do upadku nadmorskich nieruchomości - żartował prezydent, nawiązując do działalności Trumpa na rynku nieruchomości.

 

Nie zapomniał o kandydatach ze swojej Partii Demokratycznej

 

- Mamy tu nową twarz Partii Demokratycznej, pana Berniego Sandersa. O, tam jest! Bernie wyglądasz jak milion dolców. Albo - żebyś zrozumiał - jak 37 tysięcy donacji po 27 dolarów - wyliczał Obama.

 

Żartował z licznych lapsusów językowych Teda Cruza, a pokazując zdjęcie Johna Kasicha jedzącego naleśniki, zauważył, że "niektórzy kandydaci mają notowania tak niskie, że nie kwalifikują się do żartów".


- Hillary próbująca dotrzeć do młodych wyborców jest trochję jak krewna, która właśnie otworzyła konto na Facebooku. Droga Ameryko, dostałaś mój wpis. Pojawił się na twojej tablicy? Nie wiem, czy to dobrze robię... - złośliwie opisywał Hillary Clinton.

 

"Ostatni raz, gdy byłem tak wysoko (na haju)"

 

55-letni Obama żartował ze swojego wieku oraz tego, że jako odchodzący prezydent piastuje urząd już tylko do czasu rychłego przejęcia go przez następcę. - W zeszłym tygodniu książę George przyszedł na umówione spotkanie w szlafroku. Cóż, to było jak policzek - powiedział, przypominając swą niedawną wizytę w Wielkiej Brytanii i spotkanie z trzyletnim synem księcia Williama i księżnej Catherine.


Obama zauważył, że choć jego prezydentura dobiega końca, jego notowania rosną. - Ostatni raz, gdy byłem tak wysoko (ang. high), byłem na studiach i próbowałem wybrać wiodący przedmiot - powiedział, wykorzystując grę słów ("high" znaczy zarówno "wysoko", jak i "na haju"), by uczynić aluzję do znanego powszechnie faktu, że jako student eksperymentował z marihuaną.

 

Pod koniec wystąpienia Obama porzucił na chwilę żartobliwy ton - podziękował dziennikarzom akredytowanym przy Białym Domu za wykonywaną pracę, wygłosił pochwałę pod adresem wolności prasy i pozdrowił Jasona Rezaiana, dziennikarza "Washington Post", który był przetrzymywany półtora roku w więzieniu w Iranie, z którego zwolniono go w styczniu. Zapewnił, że jego administracja "nie przestanie walczyć" o więzionych dziennikarzy.


Prawdziwą furorę wywołał jednak na sam koniec swojego wystąpienia - niczym raper po szczególnie dobrym wykonaniu utworu powiedział "Obama wychodzi" (Obama out), po czym dramatycznie upuścił mikrofon na podłogę i zszedł z podwyższenia.


Przyjęcie z tradycją i humorem

 

Przyjęcia wydawane przez Stowarzyszenie Korespondentów przy Białym Domu (White House Correspondents’ Association) mają długą tradycję. Pierwsze odbyło się w 1920 roku, 4 lata później honorowym gościem był 30. prezydent USA Calvin Coolidge. Od tego czasu dziennikarzom nie odmówił żaden prezydent.


Dopiero demokrata John Fitzgerald Kennedy zagroził, że nie przyjdzie, jeśli do ekskluzywnego grona panów nie zostaną dopuszczone panie.


Za prezydentury Ronalda Reagana bankiet przybrał obecną formę: mistrzem ceremonii jest komik, który kpi z prezydenta i jego administracji, główny bohater wygłasza autoironiczną mowę. Taka zabawa nazywa się po angielsku roast, czyli "przypiekanie na ruszcie". Po polsku można by ją określić jako antybenefis.


W 2006 roku George W. Bush sprowadził swego parodystę Steve’a Bridgesa, który stanął na sąsiednim podium i mówił to, co prezydent "naprawdę" myśli.


Bill Clinton na swój ostatni bankiet w 2000 roku nagrał film ukazujący samotność odchodzącego prezydenta, w dodatku skompromitowanego romansem ze stażystką. Zaczynało się od konferencji prasowej. Clinton zapowiedział przełom w negocjacjach z Kongresem, poprosił o pytania, kamera zjechała na fotele dla dziennikarzy, i okazało się, że wszystkie są puste, tylko w pierwszym rzędzie śpi najstarsza korespondenta akredytowana przy Białym Domu Helen Thomas, która otworzyła jedno oko i spytała - A co ty tu jeszcze robisz?

 

polsatnews.pl, Newsweek