Spanikowany mężczyzna, który w czwartek rano znalazł ciało Prince'a w jego domu, zadzwonił pod alarmowy numer 911 i wezwał służby. Był jednak tak roztrzęsiony, że przez dłuższy czas nie był w stanie nawet podać adresu, pod którym się znajduje.

 

"Mamy tu martwą osobę", "ludzie są zrozpaczeni" - mówił do słuchawki mężczyzna. Dyspozytor przez dłuższy czas nie mógł dowiedzieć się, pod jaki adres powinien wysłać karetkę.

 

Dzwoniący był tak roztrzęsiony, że nawet, kiedy już zorientował się, jaki jest adres, pod którym przebywa, podał go niedokładnie. Dyspozytor sam domyślił się, że Paisley Park znajduje się w Chanhassen na przedmieściach Minneapolis, a nie w samej metropolii.

 

 

Nagła śmierć

 

Słynny piosenkarz został w czwartek znaleziony martwy w swoim domu w Chanhassen w stanie Minnesota. Miał 57 lat.

 

Na razie nie wiadomo, dlaczego artysta umarł. Na jego ciele nie znaleziono żadnych obrażeń. Nic też nie wskazuje na samobójstwo lub przedawkowanie narkotyków. Autopsję, która trwała około czterech godzin, przeprowadzono w zakładzie medycyny sądowej w Ramsey. Ustalenie przyczyny śmierci Prince'a może potrwać nawet kilka tygodni.

 

polsatnews.pl, PAP