Demonstracje przebiegają pokojowo. Wiele osób ubrało się na żółto i zielono, czyli w kolory brazylijskiej flagi, niosą transparenty z napisami: "Dilma precz" i "Koniec z korupcją". "Ten rząd nie może dłużej pozostać u władzy. Tu nie chodzi o walkę klasową między biednymi a bogatymi, lecz o walkę z korupcją" - powiedział inżynier Andre Cerqueira.

 

 

Atmosfera przed niedzielnymi protestami była napięta, gdyż prokuratorzy ze stanu Sao Paulo wystąpili o areszt prewencyjny dla byłego prezydenta Luiza Inacio Luli da Silvy z powodu udziału w praniu brudnych pieniędzy. Lula, który był szefem państwa w latach 2003-2010, to polityczny mentor Rousseff.

 

Nadmuchiwana lalka w więziennym stroju

 

Jak relacjonują agencje, w stolicy kraju mieście Brasilia pojawiła się gigantyczna nadmuchiwana lalka przedstawiająca Lulę, ubranego w więzienny strój. Obok umieszczono nazwę śledztwa, które koncentruje się wokół państwowego koncernu naftowego Petrobras. W skandal korupcyjny związany z Petrobasem uwikłani są wysocy rangą politycy z rządzącej koalicji i najpotężniejsi brazylijscy biznesmeni.

 

 

 

Według szacunków policji w Brasilii na ulice wyszło 100 tys. ludzi. Władze spodziewają się, że demonstracje mogą być tak duże jak antyrządowe protesty z marca 2015 roku, gdy na ulice wyszło 1,7 mln ludzi. Według mediów najpewniej najwięcej osób weźmie udział w demonstracji w gospodarczej stolicy kraju, Sao Paulo, mieście uważanym za bastion opozycji. Władze oczekują, że na ulice wyjdzie tam milion osób.

 

Jeśli skala niedzielnych demonstracji będzie odpowiednio duża, może ona wpłynąć na decyzję tych deputowanych, którzy wahają się, czy w najbliższych tygodniach poprzeć impeachment (procedura usunięcia ze stanowiska - red. ) wobec szefowej państwa. Wiele osób uważa, że lewicowa przywódczyni kraju ponosi winę za wywołanie w kraju największej recesji od 25 lat.

 

Z sondaży wynika, że ponad połowa Brazylijczyków popiera impeachment wobec Rousseff, która w 2014 roku niewielką przewagą głosów została wybrana na drugą kadencję.

 

Paraliż władzy w Brazylii

 

Niezadowolenie obywateli wzrosło w ostatnich tygodniach, gdy deputowany partii rządzącej w ugodzie zawartej z prokuratorami oskarżył Rousseff i Lulę o próbę utrudnienia śledztwa w sprawie Petrobrasu. Trwające od dwóch lat dochodzenie doprowadziło do pogorszenia się stosunków szefowej państwa z głównym ugrupowaniem koalicyjnym Partią Demokratycznego Ruchu Brazylijskiego (PMDB). Na sobotniej krajowej konwencji PMDB zagroziła, że zerwie z rządem Rousseff i przyłączy się do opozycji. Na podjęcie ostatecznej decyzji partia dała sobie 30 dni.

 

Rousseff, którą popiera niespełna 10 proc. Brazylijczyków, zapowiedziała, że nie zrezygnuje ze stanowiska i oskarżyła przeciwników o wywołanie kryzysu, który pogrążył gospodarkę. Były szef państwa Lula twierdzi, że jest ofiarą sądowych prześladowań, których celem jest wyeliminowanie go ze startu w wyborach prezydenckich planowanych na 2018 rok.

 

Polityczne napięcia doprowadziły do paraliżu władzy w Brazylii. Koalicja rządząca nie jest w stanie przegłosować ograniczenia wydatków publicznych ani wprowadzenia zmian w systemie emerytalnym, dzięki czemu kraj odzyskałby zaufanie inwestorów.

 

PAP