Starania o wznowienie poszukiwań podjęła jedna z rodzin, apelując na początku roku o poparcie inicjatywy za pośrednictwem Facebooka. W ciągu trzech tygodni udało się zebrać nieco ponad 28 tys. podpisów.


Na początku marca petycję przekazano władzom miasta w nadziei, że w akcję poszukiwawczą, która w ostatnich latach prowadzona jest na mniejszą skalę ze względu na koszty odbudowy kraju po kataklizmie z 2011 roku, zaangażowana zostanie również policja.


"Tragedia narodowa bez precedensu"


Według danych japońskiej Narodowej Agencji Policji zaginionych wciąż pozostaje 2561 osób, z których 200 pochodzi z Rikuzentakaty. To położone w prefekturze Iwate miasto zostało w wyniku tsunami niemal doszczętnie zniszczone.


Do trzęsienia ziemi o sile ponad 9 w skali Richtera, które spowodowało także katastrofalne w skutkach tsunami, doszło 11 marca 2011 roku. Bilans kataklizmu to co najmniej 20 tys. zabitych i zaginionych. Straty materialne tuż po tej katastrofie szacowano na ponad 200 mld dolarów. 


Ówczesny premier Japonii Naoto Kan mówił wtedy o "tragedii narodowej bez precedensu".


Trzęsienie ziemi i gigantyczna fala tsunami spowodowały awarię systemów chłodzenia i w rezultacie stopienie się prętów paliwowych w elektrowni atomowej Fukushima. Awaria spowodowała znaczną emisję substancji promieniotwórczych; była to największa katastrofa nuklearna od wybuchu reaktora w elektrowni w Czarnobylu w 1986 roku.

 

PAP