Tuż przed rozprawą Broll mówił reporterom, że dochodzenie roszczeń w sytuacji, w której się znalazł nie jest żadną łaską i nie prosi o łaskę. Domaga się tylko sprawiedliwości i zamierza o nią walczyć. Na rozprawę przyszła liczna grupa dziennikarzy. Broll, pytany przez sąd czy sprzeciwia się ich obecności na sali rozpraw, odpowiedział: "Nie, absolutnie. Ja dzięki mediom wyszedłem".


Przed rozpoczęciem procesu sąd rozpoznawał wniosek adwokata reprezentującego prezesa Sądu Okręgowego w Gliwicach (to m.in. ten sąd decydował o przymusowym leczeniu Brolla). Domagał się on przekazania sprawy wydziałowi cywilnemu w tym właśnie sądzie. W opinii mec. Andrzeja Mochnackiego, sprawa Brolla nie pozwala na rozpoznanie jej w trybie Kodeksu postępowania karnego i powinna się toczyć jako proces cywilny.


Innego zdania była prokuratura oraz pełnomocnicy Brolla. Jeden z nich, mec. Piotr Wojtaszak, przekonywał sąd, że skierowanie sprawy na drogę cywilną de facto uniemożliwiłoby Brollowi dochodzenia roszczeń - musiałby uiścić opłaty, na które go nie stać.


Stanowisko wnioskodawcy i prokuratury podzielił sąd. - Wolą ustawodawcy było, aby w tego typu sprawach - dochodzenia roszczeń z tytułu niesłusznej kary lub stosowania środka zabezpieczającego - orzekały sądy karne - powiedziała sędzia Halina Powroźnik i otworzyła przewód sądowy. Broll i jego pełnomocnik podtrzymali żądania zawarte we wniosku. Roszczeń Brolla, co do zasady, nie kwestionuje też prokuratura. Co do kwot ma wypowiedzieć się w mowie końcowej.


"Mówiono mi, że mam się przyznać"


Broll w czwartek przed sądem przez kilka godzin opowiadał jak wyglądał jego pobyt w szpitalu. - Mówiono mi, że mam się przyznać do winy i do choroby, w przeciwnym wypadku mój pobyt może się ciągnąć w nieskończoność - powiedział.


Narzekał m.in. na ciasnotę, bardzo niską temperaturę w salach zimą i lekarkę, która - jak opisywał - stosowała metody znane z "Folwarku zwierzęcego" Orwella. Skarżył się też, że kiedy gradobicie uszkodziło jego dom nie dostał przepustki, by wszystko zabezpieczyć.


Pierwsze dwa lata spędził na oddziale o wzmocnionym zabezpieczeniu, z monitoringiem w każdym pomieszczeniu. Jak mówił, w tym czasie tylko ok. 10 razy mógł wyjść na spacer na świeże powietrze. Opisywał, że aplikowano mu leki w formie płynnej, po których czuł się fatalnie. Później, po przeniesieniu na inny odział dostawał już tabletki, ale też od czasu do czasu także zastrzyki, których skutki odczuwał przez miesiąc.


Następna rozprawa 31 marca


Broll ma wtedy kontynuować składanie zeznań, niewykluczone, że na ten termin zostaną też wezwani pierwsi świadkowie.

 

Broll trafił do szpitala w Rybniku po tym, jak zarzucono mu groźby karalne. W związku z postępowaniem zlecono badania psychiatryczne, w trakcie których biegli uznali go za chorego. Opierający się na jego opinii sąd w Rybniku zastosował środek zabezpieczający w postaci detencji.


Później, posiłkując się kolejnymi opiniami gliwicki sąd okręgowy przedłużał okres przymusowego leczenia o kolejne lata, mimo protestów Brolla. Według pełnomocników mężczyzny opinie, na podstawie których sądy przez lata decydowały o stosowaniu detencji wobec jego klienta nie odzwierciadlały faktycznego stanu zdrowia pacjenta. Broll mówi, że domagał się, by zbadali go inni lekarze niż ci z Rybnika, ale nie został wysłuchany. Podkreśla też, że nie uczestniczył w posiedzeniach sądu, który decydowały w jego sprawie.


8 lat w szpitalu psychiatrycznym


Mężczyzna wyszedł ze szpitala dopiero w 2014 r., jego dom został przez te lata zrujnowany; Broll stracił też rodzinę. W styczniu ubiegłego roku Sąd Najwyższy uwzględnił kasację Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie Brolla. SN uchylił wtedy postanowienia Sądu Rejonowego w Rybniku z listopada 2005 r. oraz Sądu Okręgowego w Gliwicach ze stycznia 2006 r., na których mocy mężczyzna trafił do zakładu psychiatrycznego. SN umorzył też postępowanie w jego sprawie.


W postanowieniu SN wskazał, że SO nie rozważył w sposób dostateczny, czy stan zdrowia Brolla jak i okoliczności przeszłe i obecne wskazują na wysokie prawdopodobieństwo ponownego popełnienia czynu zabronionego (za zarzucane mu groźby karalne grozi maksymalnie kara do 2 lat więzienia). SN wskazał też, że dla podjęcia trafnej prognozy kryminologicznej konieczna jest pełna analiza zebranego materiału i ocenił, że w rozważaniach SO zabrakło analiz wskazujących na konieczność sięgnięcia po tak drastyczny środek zabezpieczający jak detencja.


SN uznał także, iż w sytuacji gdy podejrzany w zażaleniu wskazywał, że został w tej sprawie fałszywie oskarżony bez dowodów i świadków, to na SO ciążył obowiązek kompleksowego odniesienia się do tego zarzutu. Zdaniem SN rozważania SO w ogóle nie odnoszą się do stanowiska podejrzanego ani do zignorowania przez SR pisma podejrzanego, w którym wskazywał na świadków zdarzenia.


Nie chciał zawyżać przetargów


Sam Broll relacjonował mediom, że jego problemy zaczęły się, kiedy chciano go namówić do zawyżania przetargów - był pracownikiem firmy projektowej, pracował też jako inspektor nadzoru budowlanego. Gdy odmówił, usunięto go z pracy; dostawał pogróżki. Po tym jak zawiadomił prokuraturę, sam został oskarżony o groźby karalne. Broll przekonuje, że po tym, jak trafił do szpitala w Rybniku kolejni lekarze powtarzali te same opinie na temat stanu jego zdrowia, gliwicki sąd przedłużał zaś okres detencji.


Broll wraz z pełnomocnikami domaga się od państwa 14 mln zł zadośćuczynienia za doznane krzywdy oraz 500 tys. zł odszkodowania. Mec. Wojtaszak, pytany w czwartek przez dziennikarzy, skąd taka kwota roszczeń, odpowiadał, że wynika ona z orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

 

PAP