- Komisja sprawdziła nie ten rower. Sprawdzili rower mojego kolegi, który jest identyczny z moim. Często razem jeździmy i trenujemy. On przyjechał na mistrzostwa z moim bratem, ale nie startował. Trochę pojeździł, zmarzł i poszedł się ogrzać, a rower zostawił przy samochodzie obsługi mistrzostw. Mechanicy pewnie myśleli, że to mój, więc zapakowali go na ciężarówkę naszej drużyny. Nikogo nie oszukałam – zapewnia Femke van den Driessche.

 

O winie Belgijki przekonana jest Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI). - Jest absolutnie jasne, że doszło do technologicznego dopingu. W ramie roweru był ukryty mały silniczek, który wspomagał kręcenie pedałami. I to znalezisko nie jest żadną tajemnicą. Pozostałe okoliczności wyjaśni komisja dyscyplinarna. Karą minimum jest sześciomiesięczne zawieszenie. Kara maksymalna nie została określona, ale może być bardzo surowa - zastrzegł Brian Cookson, prezydent Międzynarodowej Unii Kolarskiej.

 

Ewentualny doping i tak nie pomógł Belgijce, bo nie ukończyła ona wyścigu. Powodem była awaria roweru.

 

Foto:PAP/EPA/PHOTOPRESS.BE/Tim van Wichelen