- Po ostatnim szturmie uchodźców na port sytuacja tutaj jest bardzo napięta. Właściwie co kilkadziesiąt metrów zarówno wokół obozu dla uchodźców, jak i wzdłuż drogi prowadzącej do portu, stoją policyjne radiowozy, a w nich po kilku ciężko uzbrojonych funkcjonariuszy gotowych do interwencji w każdej chwili. Uchodźcy są tutaj coraz bardziej zdesperowani, więc w każdej chwili dojść może do zamieszek - relacjonuje korespondentka Polsat News w Calais Dorota Bawołek.

 

Nieoficjalnie obóz dla uchodźców w Calais, gdzie w zimnie i błocie mieszka kilka tysięcy ludzi, nazywa się "francuską dżunglą". Przebywający tam imigranci chcą z Francji dostać się na teren Wielkiej Brytanii, w której mają szanse na znacznie lepszą pomoc socjalną.

 

Zamiast przyjmować uchodźców Brytyjczycy wolą jednak płacić Francuzom na utrzymanie obozu i co ważniejsze, zabezpieczanie go drutami kolczastymi i dodatkowymi gwardiami policji. Według ostatnich danych Komisji Europejskiej, aż 60 proc. uchodźców, którzy w grudniu przekroczyli unijne granice było imigrantami ekonomicznymi.

 

Świerzb, ospa i odra

 

Warunki w obozie są dramatyczne. - Codziennie przyjmujemy około 120 pacjentów. Głowne choroby to świerzb, ospa i odra - powiedział Samuel, jeden z pracujących na miejscu Lekarzy Bez Granic.

 

Na Calais mówi się również "obóz wstydu". To tu najlepiej można się przekonać o tym, że kryzys migracyjny już dawno wymknął się Europie spod jakiejkolwiek kontroli. - Kiedyś w moim barze było pełno ludzi. Teraz są pustki i grozi mi bankructwo. Oni niszczą nam życie - powiedziała Gi, właścicielka baru w Calais.

  

W obozowisku koczuje obecnie ok. 7 tys. osób. Większość z nich pochodzi z Syrii, Erytrei i Afganistanu.

 

Polsat News