Bohaterami spektaklu są dwa małżeństwa: dojrzałych i doświadczonych Marthy i George'a oraz młodych Nicka i Skarbie. Martha jest córką rektora uniwersytetu, na którym pracują obaj mężczyźni - historyk George i nowozatrudniony biolog Nick. Cała czwórka spotyka się po skończonym już wieczornym przyjęciu na afterparty w domu starszej pary. Między Marthą a George'em dochodzi do kłótni, w którą wciągają swoich gości. Pod wpływem alkoholu na wierzch wychodzą ich nawarstwione problemy - padają bezpośrednie oskarżenia i upokorzenia.

 

Pułapka miłości sadomasochistycznej

 

- George i Martha znaleźli się w pułapce. Nie uznaję ich za ludzi, którzy się nienawidzą i są sobie obcy. Oni się kochają, tylko w sadomasochistyczny - w sensie psychicznym - sposób - powiedział na wtorkowej próbie Jacek Poniedziałek, reżyser przedstawienia. - Można się zapytać, dlaczego się nie rozstaną, skoro się tak niszczą słowami i odbierają nimi życie. Ich miłość może jest sadomasochistyczna, ale obustronna - zaznaczył.

 

Zdaniem odtwórczyni roli Marthy - Ewy Kasprzyk - Martha i George "dokładnie znają się na wylot i umieją żonglować słowami oraz dopiekać sobie", ale "odradzają się jak Feniks z popiołów przez to, że coś w sobie zabijają". - Choć mają na siebie szybką ripostę i są cyniczni, to jednak są pozbawieni hipokryzji - powiedziała. W opinii Ewy Kasprzyk starsi bohaterowie są dla siebie całym światem, a jednocześnie "zwierciadłem tego świata", ponieważ ukazują jego problemy.

 

Piotr Stramowski (Nick) stwierdził, że "młodzi mają jeszcze szansę na to, aby ich życie wyglądało inaczej". - Poprzez sytuację, w której się znajdują mają możliwość uświadomić sobie pewne sprawy. Są momenty, w których w ich związku coś nie funkcjonuje. Często są tego nieświadomi, obserwując starszych mogą zobaczyć samych siebie i coś zmienić w swoim życiu - skomentował.

 

Dramat psychologiczny, także polityczny

 

Jak podkreślił Poniedziałek, spektakl "Kto się boi Virginii Woolf" to "dramat psychologiczny o bardzo wyraźnym kontekście politycznym". Jego zdaniem może być traktowany także jako sztuka polityczna, ponieważ jest o tym, że "nie potrafimy ze sobą rozmawiać i się wzajemnie słuchać". Jak mówił, chociaż akcja tego tekstu mogłaby się dziać wszędzie, to przedstawienie pokazuje jednak "w soczewce społeczeństwo polskie", bowiem, choć "w jakiś sposób jesteśmy rodziną i jesteśmy na siebie skazani i sobie najbliżsi", to "dotarliśmy do absolutnej ściany w polsko-polskim konflikcie".

 

Reżyserowi, który chciał "włożyć kij w mrowisko i pojątrzyć polskie sprawy", jak zastrzegł - "nie jest bliski teatr publicystyczny". W swojej inscenizacji znanego dramatu chciał tylko "gdzieś oddać naszą dzisiejszą kondycję społeczną". Jak zauważył - "wybory polityczne są przecież emanacją tego, co się dzieje w głowach i duszach ludzi". - To, co tutaj widzimy, skupia w soczewce amerykańskie i polskie piekło - nieumiejętność i niemożność porozumienia się, zupełny brak dobrej woli - mówił.

 

Jad i ironia wobec świątobliwości

 

- Uwielbiam ostre podejście do społecznych i obyczajowych problemów, które możemy znaleźć w tym tekście. Ten tekst jest porażająco mocny, bardzo dowcipny, jadowicie złośliwy i ironiczny wobec świątobliwego stosunku do rodziny, jako świętej instytucji o nienaruszalnym statusie społecznym - powiedział dziennikarzom. - Albee pokazał nam figurę rodziny, która nie może mieć dzieci. Nie ma przyszłości dla takiej Ameryki. Tak samo, jak nie ma przyszłości dla takiej Polski - dodał.

 

Dramat "Kto się boi Virginii Woolf" Edwarda Albeego miał premierę w 1962 r. i wzbudził zachwyt, ale także kontrowersje wśród krytyków. Był nominowany do Nagrody Pulitzera, której nie otrzymał z powodu kontrowersji związanych z językiem sztuki i jej wydźwiękiem politycznym. Sztuka uzyskała jednak nagrodę Tony, jedno z najważniejszych wyróżnień teatralnych w USA. Prócz tego w 1966 r. powstała ekranizacja tekstu autorstwa Mike'a Nicholsa z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem w rolach głównych. Film był nominowany do Oscara w 13 kategoriach, otrzymał 5 statuetek.

 

PAP