- Będziemy żyć w całkowicie demokratycznym społeczeństwie prawa, tak jak do tej pory, choćby nas nie wiadomo jak krytykowano. Trzeba zresztą przyznać, że krytycy, którzy nas piętnowali w tej sferze, umilkli. Przekonali się, że i demokracji, i praw człowieka jest na Białorusi nie mniej, niż u innych - oświadczył Łukaszenka w dniu prawosławnego Bożego Narodzenia. Zaznaczył przy tym, że najważniejsze jest prawo do życia, bo "nikomu nie jest potrzebna taka demokracja, w której codziennie strzelają na ulicy i co roku giną setki tysięcy ludzi".

  

Łukaszenka zapowiedział, że najbliższy rok będzie trudny nie dlatego, że Białorusini źle pracują, tylko dlatego, że "trudno przystosować się do zmieniającego się świata" - To, co dziś jest, jutro już będzie inne - mówił. Zauważył, że choć Białoruś płynie niczym "statek na ogromnym oceanie", trudno jej utrzymać obrany kurs. Prezydent zapewnił jednak, że kraj nie zrezygnuje z obrony człowieka i stwarzania mu warunków dla normalnego życia.

 

- Niczego, co stworzył naród, nie zamierzamy sprzedawać za bezcen - podkreślił. Czyniąc aluzję do Ukrainy, przeciwstawił to sytuacji, "gdzie wszystko rozdzielono", "pojawiły się kręgi oligarchiczne, uzbrojono się i zaczęto walczyć między sobą".

 

Z okazji Bożego Narodzenia Łukaszenka, który przyszedł na nabożeństwo ze swym 11-letnim synem Mikałajem, podarował metropolicie Pawłowi obraz "Gwiazda betlejemska", ten zaś dał mu ikonę z wizerunkiem Chrystusa Zbawiciela.

 

PAP