Kancelaria może domagać się w imieniu klientów firmy miliardowych odszkodowań na podstawie dwóch zarzutów.


Według Charlesa Bannistera, wspólnika w firmie, jeśli prawnikom uda się udowodnić, że Volkswagen naruszył warunki gwarancji, to klienci będą mogli liczyć na pełny zwrot pieniędzy. Gazeta szacuje, że może chodzić nawet o 5 mld dolarów australijskich (ok. 13,5 mld zł).


Drugi z zarzutów wobec niemieckiej firmy zakłada, że wskutek afery paliwowej spadła szacunkowa wartość samochodów, których ona dotyczy. Zgodnie z australijskim prawem konsumenckim ich właściciele mają prawo, jak twierdzi Bannister,  domagać się zwrotu pieniędzy albo odszkodowania, które uwzględni niższą wartość ich samochodów.


W październiku tego roku australijski oddział Volkswagena ujawnił, że na lokalnym rynku sprzedał ponad 100 tysięcy samochodów z silnikiem diesla, w których zastosowano oprogramowanie zaniżające emisję spalin podczas testów laboratoryjnych. W sumie na świecie niemiecki koncern sprzedał ich 11 mln.


Zdaniem Bannistera podstawy do pozwów są bardzo mocne. Podkreślił on, że niemieckie samochody bez oprogramowania zaniżającego wyniki testów nie otrzymałyby australijskiej homologacji i efekcie nie mogłyby trafić do sprzedaży.


Choć pozew zbiorowy automatycznie dotyczy, zgodnie z australijskim prawem, wszystkich właścicieli wspomnianych samochodów, to Bannister namawia ich również do samodzielnego domagania się odszkodowań.


Konkurencyjna kancelaria Maurice Blackburn Lawyers ogłosiła z kolei, że ma już 7 tysięcy klientów i również szykuje się do pozwu. W Stanach Zjednoczonych takich pozwów jest już kilkadziesiąt. Rozważają je również kancelarie w Wielkiej Brytanii.


Tymczasem australijski oddział Volskwagena wzywa już niektórych właścicieli samochodów z "oszukańczym" oprogramowaniem do serwisów, w celu usunięcia go. Firma nie skomentowała doniesień o pozwach. Grozi jej również postępowanie ze strony australijskiego regulatora antymonopolowego i konsumenckiego.


Sydney Morning Herald