Rzecznik firmy Tote Maritime, do której należał "El Faro", wyjaśnił w rozmowie z agencją Reutera, że takie grupy pomocnicze są zatrudniane do prowadzenia napraw na statku, gdy jest on na morzu. Pracownicy zewnętrzni wynajmowani są także do konserwacji jednostek. Rzecznik nie był w stanie powiedzieć, jakie prace były prowadzone przez Polakó na kontenerowcu.

 

Eksperci nazywają wypadek "El Faro" największą katastrofą kontenerowca pływającego pod amerykańską banderą od 1983 roku.

 

Statek, który płynął z Florydy do Portoryko, został uszkodzony w wyniku uderzenia huraganu Joaquin i zaginął w czwartek. Z relacji załogi przed utratą łączności wiadomo, że "El Faro" miał nieczynne silniki, 15-stopniowy przechył, był uszkodzony i nabierał wody.

 

Armator Tote Maritime nie wyjaśnił dotychczas, dlaczego statek znalazł się w samym środku huraganu czwartej kategorii (w pięciostopniowej skali) i nie zmienił kursu, aby ominąć żywioł. Rzecznik stwierdził jedynie, że w chwili wypłynięcia statku z portu burza nie była tak silna.

 

W poniedziałek amerykańska Straż Przybrzeżna poinformowała, że "El Faro" zatonął oraz że znaleziono zwłoki jednego marynarza. Straż Przybrzeżna zapewnia, że trwa jescze akcja ratunkowa w poszukiwaniu rozbitków.

 

PAP