Miłości się dziś nie naprawia. Dlaczego Polacy nie chcą związków?

PolskaKarolina Olejak/polsatnews.pl
Miłości się dziś nie naprawia. Dlaczego Polacy nie chcą związków?
Pixabay

Gdy nasze życie kręci się wokół mediów społecznościowych, powstaje myśl, że ja nie mogę być z taką zwykłą dziewczyną czy chłopakiem, bo na Instagramie celebrytki wyglądają inaczej. Obawa, że gdy wrzucę wspólne zdjęcie, ktoś zacznie je komentować. Oceni, że nasz partner jest nieatrakcyjni - wyjaśnia socjolog Jarema Piekutowski, autor książki "Od foliowych czapeczek do seksualnej recesji".

Karolina Olejak, polsatnews.pl: Miłość jest przereklamowana?

 

Jarema Piekutowski: Każdego roku coraz mniej naszych rodaków łączy się w pary. Małżeństw jest oczywiście mniej w wyniku COVID-19, ale w ogóle chętniej żyjemy w pojedynkę. W poprzednich dekadach cały system na różne sposoby skłaniał ludzi do wchodzenia w relacje. To mit, że w przeszłości większość małżeństw była sztucznie aranżowana. Sytuacja społeczna i ekonomiczna była taka, że niemal każdy sam z siebie szukał kandydata do wspólnego życia. Tak było po prostu wygodniej.

 

W świecie online tych zachęt jest coraz mniej. Wiele funkcji, które spełniał związek miłosny, dziś zapewnia Internet, państwo i biznes.

 

Czyli to kwestia zimnej kalkulacji?

 

To dość brutalne, ale bilans musi się zgadzać. Wchodzimy w związek, jeśli w związku jest nam lżej, niż byłoby w pojedynkę. Na to składa się wiele czynników. Łatwiej może być nam pod względem psychicznym, finansowym czy z podziałem obowiązków związanych z naszym trybem życia, ale niekoniecznie tak jest. Kiedyś prowadzenie gospodarstwa w pojedynkę nie było możliwe. Musiały w nim żyć co najmniej dwie osoby, a najlepiej jeśli jeszcze dzieci były wdrożone w prace. Dziś pracując w korporacji, jesteśmy całkowicie niezależni od takiego myślenia.

 

Co się dokładnie zmieniło?

 

Po pierwsze zmieniły się warunki mieszkaniowe. Wynajem, a tym bardziej własne lokum w mieście są bardzo drogie. Coraz mniej osób stać na kilka pokoi, więc życie z rodziną, na małej powierzchni jest dziś realnym wyzwaniem.

 

Oczywiście można powiedzieć, że kiedyś ludzie też mieszkali w jednej izbie i spali na podłodze. Różnica jest taka, że wtedy nie znano alternatywy. Zmienił się punkt odniesienia. Z każdej strony docierają do nas obrazki pięknych i wygodnych mieszkań. W taki okolicznościach trudniej pogodzić się z tym, że my tego nie mamy.

 

Kolejną zmianą jest model kariery zawodowej. Większość z nas pracuje poza domem. Wychodzi z niego rano i wraca wieczorem. Mijamy się. Rodziny nie pracują już razem w jednym gospodarstwie, czy zakładzie. Wówczas było łatwiej. Nie trzeba było organizować opieki dla dzieci.

 

To prowadzi nas do trzeciej zmiany: struktury rodziny. Jeszcze kilka dekad temu, normą były domy wielopokoleniowe. Babcie, dziadkowie zajmowali się wnukami. Organizacja czasu, gdy rodziców nie ma w domu, nie była takim wyzwaniem.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest przeciwnie. Powstał Tinder, portale randkowe, tych zachęt na każdym kroku jest bardzo wiele. Wystarczy kliknięcie.

 

Inne są zachęty do szybkiego, niezobowiązującego seksu, inne do wchodzenia w długoterminowe relacje.

 

Wbrew pozorom rozwój społeczeństwa online nie sprzyja ani jednemu, ani drugiemu. Kultura, w której żyjemy, jest mocno skupiona na wizerunku człowieka i tym jak zaprezentujemy się w mediach społecznościowych. Nie dotyczy to tylko kobiet. Obie strony ze względu na popkulturę mają bardzo wyidealizowaną wizje tego jak powinien wyglądać ich idealny partner.

 

Powstaje myśl, że ja nie mogę być z taką zwykłą dziewczyną czy chłopakiem, bo na Instagramie celebrytki wyglądają inaczej. Obawa, przed tym, że gdy wrzucę wspólne zdjęcie, ktoś zacznie je komentować. Oceni, że nasz partner czy partnerka są nieatrakcyjni – to jest realną barierą. 

 

Nasze babcie nie porównywały swoich chłopaków do męża sąsiadki?

 

Ta myśl, towarzyszyła nam zawsze, ale nie do tego stopnia, bo w przeszłości nie wystawialiśmy się aż na taką ocenę. Dodatkowo znacznie łatwiej napisać krytyczny komentarz w sieci niż powiedzieć to samo wprost.

 

To wszystko rodzi pewne frustracje. Poszukujemy osoby, która wpasuje się w kanony, które widzimy na portalach społecznościowych. Poprzeczka jest zawieszona tak wysoko, że mało kto jest w stanie  sprostać oczekiwaniom.

 

Internet daje poczucie nieograniczonego wyboru. Wiecznie szukamy czegoś lepszego?

 

Na prawicy sporo jest takiego narzekania na przebieranie w nieskończoność. Ja bym chciał odejść od takiego myślenia. To zbyt szybka ocena, bez kontekstu. Mnie zupełnie nie dziwi, że ten wybór trwa tak długo. 

 

Na to składają się różne rzeczy. Bardzo kiepskie usługi publiczne, jak już mówiłem – trudna sytuacja mieszkaniowa plus zmiany kulturowe.

 

Jeśli zaburzone jest podstawowe poczucie stabilności i bezpieczeństwa, to trudno myśleć o wchodzeniu w relacje. Zrzuca się to na indywidualny egocentryzm, ale narcystyczne nie są konkretne osoby, po prostu podkręca to cały system. Przeniesienie relacji do sieci uczy nas różnych mechanizmów, które później siedzą w nas już podświadomie.

 

Pornografia dodatkowo podkręca te oczekiwania?

 

Tak, ale to nie jedyny problem. Sprawa jest znacznie bardziej złożona. Seks jest dużym przedsięwzięciem emocjonalnym, zwłaszcza dla osób wrażliwych. Pójście do łóżka z drugą osobą oznacza całkowite obnażenie przed nią. Pokazujemy nie tylko ciało, ze wszystkimi niedoskonałościami, ale obnażamy też duszę, którą widać w reakcjach ciała – widać lęk, wstyd.

 

Świat internetu jest (pozornie) bezpieczniejszy. Tam cały nasz wizerunek jest misternie dopracowany. Mamy pełną kontrolę nad tym, jak i co mówimy o sobie innym.

 

Z pornografią wiążą się rosnące oczekiwania wobec partnera i nas samych. Gdy oglądamy na filmie idealne ciała, wyrzeźbione klaty i erekcję, która trwa 30 minut – nietrudno o kompleksy. Pornografia w jakimś wymiarze zawsze była obecna, ale nigdy nie była tak łatwo i szybko dostępna.

 

Badania pokazują, że rozjazd poglądów i sposobów patrzenia na życie między kobietami i mężczyznami jest tak duży, że mijanie zaczyna się na znacznie wcześniejszym etapie

 

Mężczyźni i kobiety są nastawiani przeciwko sobie. Jako wrogie i polityczne plemiona. Młode kobiety to feministki o lewicowej wrażliwości, chłopcy to narodowcy – taki jest stereotyp. I faktycznie takie dane istnieją.

 

Ten rozjazd jest realny, czy tak opowiedziany?

 

Każde pokolenie próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak poukładać relację między kobietami i mężczyznami. Trzeba wprost przyznać, że częściej to mężczyźni wykorzystywali swoją silniejszą pozycję i na tym tle dochodziło do licznych nadużyć. Stąd narastające tendencje do emancypacji i, niestety, często także wrogości.

 

W ogóle żyjemy w czasach coraz silniejszej emancypacji. Nie chodzi tu tylko o kobiety, ale również o grupy tożsamościowe – seksualne czy etniczne. Z jednej strony te dążenia są zrozumiałe. Z drugiej – jeśli budujemy nowy ład, to trzeba zastanowić się nad kosztami i nad tym, co tracimy. Kosztem jest często wojna i brak porozumienia. Media podkręcają stanowiska obu stron.

 

Widać to już w badaniach. W tych CBOS-u czytamy, że polaryzacja wśród najmłodszych cały czas rośnie.

 

Młode kobiety i mężczyźni inaczej definiują największe zagrożenia. Portal Oko.press zrobił badanie, z którego wynika, że kobiety bardziej niż mężczyźni boją się kryzysu klimatycznego, a mężczyźni bardziej niż kobiety – gender i LGBT.

 

Gdy inaczej widzimy nasze wyzwania, zaczynamy okopywać się na radykalnych stanowiskach. Wtedy z  pozoru niewielkie różnice w postrzeganiu świata urastają do ogromnych rozmiarów.

 

Mężczyźni uciekają w konserwatyzm, bo nie potrafią pogodzić się z utratą silniej pozycji?

 

Problem w tym, że i jedni i drudzy nie działają na swoją korzyść. Lepiej byłoby zorganizować świat tak, by współpracowali. Ale łatwiej jest wybrać rozwiązanie, które łechce moje ego jako mężczyzny, albo jako kobiety. Mężczyźni sami wpychają się w nisze i odstraszają tym kobiety (czasem nie zdając sobie z tego sprawy) – ale to działa też odwrotnie.

 

Może trudno nam się dogadać, bo od dzieciństwa uczymy się funkcjonowania w bańkach. Wychowujemy się pod kloszem, wśród ludzi o podobnych poglądach. Nie wystawiamy na próbę?

 

Zjawisko baniek istnieje od kiedy istnieje świat. W czasach feudalnych rzadko ktoś z arystokracji spotykał się z kimś z chłopstwa (poza sytuacjami zawodowymi).

 

Bańki online są jednak specyficzne. O znalezieniu się w nich nie decyduje tylko nasza naturalna pozycja, ale algorytm. On dobiera treści, które widzimy. Dopasowuje je do naszych oczekiwań. Nie dość, że funkcjonujemy w podobnym do siebie środowisku, to jeszcze widzimy to, co jest dla nas wygodne.  Nie mamy pojęcia, na czym te algorytmy bazują. To tajemnicą, znana tylko właścicielom wielkich korporacji.

 

Chyba każdemu przyszło na myśl pytanie: jak to jest możliwe, że pokazują nam się w internecie reklamy rzeczy, o których pomyśleliśmy, albo rozmawialiśmy z kimś przez telefon. To nie spiskowa teoria. Po prostu algorytmy tak doskonale przewidują, co nam może być potrzebne, dzięki różnym danym, że podsłuch nie jest konieczny.

 

Przyzwyczajamy się do tego, że widzimy to, co dla nas wygodne.  

 

Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie