Alkohol, kłótnie, zdrada. List sędziego Szmydta, męża "hejterki" Emilii

Polska
Alkohol, kłótnie, zdrada. List sędziego Szmydta, męża "hejterki" Emilii
Archiwum prywatne

"Ona leży pijana, czasami wstaje, coś bełkocze, wychodzi do sklepu, znów alkohol. Nigdy nie zrobiłem jej zdjęcia w takim stanie, sprzątałem, dzwoniłem po detoks, ewentualnie karetkę" - głosi treść listu Tomasza Szmydta, w którym sędzia opisuje swoje małżeństwo z "hejterką" Emilią. "Nie wiem gdzie teraz przebywa i co się z nią dzieje" - dodaje.

Sędzia Tomasz Szmydt był gościem Grzegorza Jankowskiego w programie "Punkt widzenia". Szmydt został zapytany, czy publikując informacje o problemie alkoholowym swojej żony "nie chce się usprawiedliwić i wybielić".

 

- Nie bardzo. Nie wiem jak tutaj mogę się wybielić - odpowiedział sędzia. Jak dodał, "jeśli chodzi o problem alkoholowy żony, sama opisywała to m.in. na Twitterze".

 

Szmydt tłumaczył, że "ten problem istnieje w różnych warstwach społecznych". - Czułem się w obowiązku to napisać, bez względu na konsekwencje - dodał.

 

- To jest moje prywatne życie, natomiast to dotyczy bardzo doniosłego problemu, osób uzależnionych - mówił.

 

Grzegorz Jankowski pytał, czemu - zdaniem Szmydta - Emilia Sz. zdecydowała się pójść do mediów ws. grupy "Kasta". - Nie mnie oceniać. Do mnie takie słuchy doszły, że ona te informacje sprzedała. Nie wiadomo na ile one są wiarygodne - powiedział sędzia. Zastrzegł, że on sam ma "duże wątpliwości co do wiarygodności screenów".

 

  

 

Poniżej publikujemy pełną treść listu (pisownia oryginalna):

 

Ciężko mi się zebrać do tego aby opowiedzieć moją historię ale myślę, że należy to zrobić.


Poznaliśmy się z Emi w 2014r. To była znajomość nawiązana przez internet. Pamiętam jak dzisiaj, miała nik „Smutek”. Zapytałem czemu smutek, ona, że facet ją zostawił, że czuje się samotna, niekochana. Mnie w tym czasie nie było też do śmiechu. Małżeństwo mi się rozpadało, czułem się w nim źle a nie widziałem możliwości naprawy tej sytuacji. Były dzieci, 2 dziewczynki, które bardzo kocham. Od dłuższego czasu tylko to mnie trzymało w tym związku.


Umówiliśmy się na mieście, w Centrum. Przyszła, nie była zbyt atrakcyjną dziewczyną lecz miłą, sympatyczną, ciepłą. Tego mi brakowało przez całe życie. Ciepła, poczucia, że ktoś mnie kocha. Rozmawialiśmy w kawiarniach, chodziliśmy po mieście. Jednak jakiś szósty zmysł mówił mi „bądź ostrożny”. Na zakończenie spotkania dałem więc jej do zrozumienia, że raczej się już więcej nie spotkamy. Ale na tym się nie skończyło. Po paru godzinach zaczęła do mnie dzwonić, że jest w szpitalu, że próbowała się zabić, że się zakochała we mnie. Zgłupiałem, można się zakochać po jednym spotkaniu ale, że mnie się to przydarzyło. Więc zaczęliśmy pisać ze sobą, spotykać się. Emi do mnie dzwoniła, długo rozmawialiśmy o życiu, o tym co ją spotkało, co spotkało mnie.


Emi dzwoniła coraz częściej. Złościła się gdy mówiłem, że nie mogę odebrać. Powoli ja też się w niej zakochiwałem. Wydawało mi się, że stałem się jej centrum świata. Zacząłem czuć, że mogę być szczęśliwy.


Dzwoni telefon od Emi, moja żona jest na 2 piętrze naszego domu. Odbieram szybko bo widzę, że to Emi. Mówi, że mnie kocha i pyta się czy ja też ją kocham. Mówię „kocham Cię”, odwracam głowę i widzę za plecami swoją żonę.


Awantury, wzajemne pretensje. Ja: „przecież mieliśmy się rozwodzić, chciałaś abym pisał pozew”. Ona, „… ale nie tak to miało być”, ja „a jak to miało wyglądać”. I tak w kółko. W końcu pakuję parę rzeczy i wyprowadzam się z domu. Razem z Emi mieszkamy u jej dziadków. Jest skromnie ale to mili ludzie i czuję się tam dobrze. Dziadkowie, podobnie jak rodzice Emi są Świadkami Jehowy, niewiele wiem o tej grupie wyznaniowej ale ważne jest to, kto kim jest a nie jakie ma poglądy czy przekonania.


Poznając Emi wiedziałem, że jest w ciąży. Był to już chyba 5 miesiąc, mówiła mi o tym, że partner ją porzucił gdy zaszła w ciąże. Że źle wybrała i teraz ponosi za to konsekwencje, rodzice się nią nie interesują, pozostali jej tylko dziadek i babcia. Wydawało mi się, że życie bardzo ją skrzywdziło, może nie życie ale niektórzy ludzie. Więc jaki to ma znaczenie dla naszego związku? Moim zdaniem żadne. Może mniej będę sypiać gdy urodzi.

 


Szukamy z Emi wspólnego mieszkania i udaje nam się coś znaleźć w Ząbkach pod Warszawą. Zamieszkaliśmy razem. Jeździłem do pracy i wracałem do domu, i miałem wrażenie że czeka na mnie kobieta, która mnie kocha. Sielanka nie trwała długo. Emi miała powikłania związane z ciążą. Ostatecznie trafiła do Szpitala Bieleńskiego. Odwiedzałem ją, rozmawialiśmy, wspierałem ją jak tylko potrafiłem. Po opuszczeniu Szpitala myślałem, że wszystko się ułoży. Niestety okazało się inaczej. Przyjeżdżałem z pracy i widziałem, że Emi czuje się coraz gorzej. Pewnego razu upadła pod prysznicem. Zapytałem, co się dzieje, usłyszałem, że to działanie leków, które przyjmuje. Mieszkanie było coraz bardziej zaniedbane, zacząłem znajdować puszki po piwie. Rozmawialiśmy, „co się dzieje”, „czy to piwo nie szkodzi w twoim stanie”, „proszę nie pal w ciąży”. „No, co ty jedno czy dwa piwa to przecież nic takiego”, „ograniczyłam palenie ale nie potrafię rzucić”. Było źle, przyjeżdżałem do domu a Emi była nieprzytomna, zacząłem znajdować puste butelki pochowane w różnych miejscach. Po piwie, wiśniówce. Byłem coraz bardziej przerażony. Parę mocnych rozmów. „Wiem, że pijesz”, pokazuję puste butelki. Bełkotliwa odpowiedź „Nie, nie piję” a skąd butelki „Nieee weem”. Łapię parę momentów względnej trzeźwości „Niszczysz siebie i dziecko, jeśli nie przestaniesz pić kończymy nasz związek”. Nie pomogło.


Mówię jej, to koniec pakuje Cię i odwożę do dziadków. „Jak chcesz”, „P*** się ….”. Zawiozłem Emi do jej babci i dziadka. Widać, że są w szoku. Babcia mówi, „Ja bardzo przepraszam, powinniśmy powiedzieć, że ona ma takie problemy”. Przyjmują ją do siebie, chociaż to starsi i schorowani ludzie.


Niedługo potem, tydzień może dwa dzwonią do mnie. Emi urodziła zbyt wcześnie, dziecko nie przeżyło. Pytam, w którym szpitalu leży. Podają adres. Zastanawiam się czy jej nie odwiedzić.
Jadę do tego szpitala.


Emi wygląda strasznie, załamana, z wyrzutami sumienia. Gdy na nią patrzę, coś we mnie pęka. Przecież nie mogę zostawić jej samej w takim stanie. Rozmawiamy, mówię że możemy spróbować jeszcze raz, że przecież nic nie jest stracone, że to tragedia ale życie potrafi być okrutne.


Wracamy do Ząbek. To samo mieszkanie, parę dni jest wszystko w porządku, później znów się zaczyna. Wyrzuty sumienia topione w alkoholu, jest coraz gorzej. Wracam do pracy Emi nie ma w domu. Pisze coś o samobójstwie, widzę na podłodze jakieś tabletki, dzwonię na policję. Wybiegam na ulicę, szukam jej na sąsiednim placu budowy. Znajduje ją, jest nieprzytomna. Przyjeżdża policja i karetka. Emi pod długich namowach pozwala się zawieźć do szpitala. Podobna sytuacja powtarza się parokrotnie, mówi, że te mieszkanie o wszystkim jej przypomina.


Szukamy innego mieszkania. Znajdujemy po drugiej stronie Wisły. Ja już jednak nie chcę z nią być. Mówię jej o tym, pakuje rzeczy do przeprowadzki i chcę jechać. Przed wyjazdem z garażu staje mi przed samochodem, mówi, że się zmieni, podejmie terapię, że bardzo przeżyła to co się wydarzyło ale kocha mnie i na pewno będzie lepiej. Nie zostawiłem jej samej, jedziemy razem do nowego mieszkania.
Nowe mieszkanie, jest dobrze. Naprawdę jestem szczęśliwy. Ona nie pije, idzie na zajęcia terapeutyczne. Rozmawiamy o mnie, o niej, o uzależnieniu, ośrodkach terapeutycznych, w których była. Słucham jak tam było, jak wiele trzeba zrobić by wyjść z tego. Dokładniej, by kontrolować swoje uzależnienie, bo to choroba nieuleczalna, ale można z nią godnie żyć.


Wyjeżdżam na szkolenie, parę dni. Smsy, wymiana zdań i słyszę, że znów jest źle. Wracam, mieszkanie i widzę w jakim jest stanie, wśród reklamówek znajduję męską koszulkę z nadrukiem zespołu heavy metalowego. Nie moja. Pytam się, skąd to u nas w domu, „to koszulka dziadka słyszę”. „Zabrałam przez pomyłkę, gdy się wyprowadzałam”. Chcę to skończyć: „masz się wyprowadzić”. Zabieram jej rzeczy i zawożę do dziadków. Nie śpię w nocy. Dzwoni, nie odbieram, pisze „nie mam gdzie spać”, „spałam w garażu”. Umawiamy się w pobliskim MacDonaldzie. Wygląda fatalnie, wynajmuję jej pokój w hostelu, daję trochę gotówki. „To koniec” mówię.


Nic z tego, po paru dniach znowu uwierzyłem, że może być dobrze. Mieszkamy razem, są lepsze i gorsze chwilę. Ale nie pije, chodzi na terapię. Ja też zaczynam. Dowiaduję się, że są „grupy wsparcia” dla osób które mają kogoś uzależnionego w rodzinie. Znajduję też „Grupę Felka” na Poznańskiej. Może warto pójść?


Najpierw „Grupa Felka”, przesympatyczni ludzie. Uzależnienia, z depresją, z osobami z uzależnieniem w rodzinie, z problemami ale też tacy, którzy chcą się rozwijać i pracować nad sobą. Felek, to starszy facet, z niesamowitą charyzmą, jeden z pierwszych animatorów ruchu AA w Polsce. Na spotkaniach praca na „12 krokach”, dużo nawiązań do Boga, lub Siły Wyższej jeśli ktoś woli. Jestem pod wrażeniem, chcę słuchać, włączam się do rozmowy. Czuję się tam dobrze. Emi jest bardziej krytyczna. Ze spotkania na spotkanie jej opór jest coraz większy. W końcu stwierdza, że tak naprawdę to sekta a Felek jest niewiarygodny. Sprzeczamy się ostro. Ja chcę chodzić, jak ona nie chce, jej wybór.


Idę na grupę wsparcia z Poradni przy Jagiellońskiej. To dla osób, które mają kogoś z problemem uzależnienia w rodzinie. Na wstępie słyszę, że w grupie są w większości kobiety ale ma być oprócz mnie jeszcze jeden facet. Skoro będzie jeszcze jeden to pójdę, mam nadzieje, że panie mnie nie zlinczują. To przecież kobiety skrzywdzone właśnie przez mężczyzn. Ale raz się żyję.


Idę na spotkanie i okazuje się, że tamten facet zrezygnował. Jestem sam, stres, wchodzę „na miękkich nogach”. One są w różnym wieku starsze, młodsze, niektóre nieomal nastolatki. Patrzą na mnie nieufnie ale nie czuje wrogości czy nienawiści z ich strony. Można mówić, można słuchać i się nie odzywać, nie doradzamy, nie oceniamy, mówimy o sobie. Początkowo niewiele się odzywam, one też chyba są skrępowane moją obecnością. Ze spotkania na spotkanie to się zmienia. Zaczynają opowiadać, ja też. To co słyszę jest przerażające, przemoc fizyczna i psychiczna, manipulacja, szantaż, prześladowanie nawet po rozstaniu, telefony, smsy, śledzenie, próba kontroli ze strony partnera. Jak one w tym wszystkim dają radę, przecież większość ma dzieci, mają wspólne mieszkania różnego typu zobowiązania. Wychodzimy zapalić, potrafią żartować, pogodnie rozmawiać. Kobiety potrafią być naprawdę silne. To wszystko sprowadza się do jednej przewodniej myśli, jeśli osoba w rodzinie nie chce się leczyć lub nie radzi sobie z uzależnieniem należy od niej odejść. Wszystkie skutki rozstania, nawet bezdomność czy utrata pracy są niczym wobec krzywdy jakie wyrządza osoba uzależniona, która nie kontroluje swojej choroby.


Emi nie jest zadowolona z mojego udziału w spotkaniach grupy. Wypytuje mnie o czym rozmawiamy, czy mówię o sobie, o niej. Nie mówimy o przebiegu spotkań, takie są zasady, musimy mieć do siebie zaufanie. Moje odpowiedzi są wiec ogólnikowe. Rozmawiamy o życiu. Ja nie opowiadam o sobie. Widzę, że jest na mnie bardzo zła.


Jestem, już po rozwodzie, Pierwszy termin, bez orzekania o winie. Dogadaliśmy się z „byłą”, tylko kontakty z dziećmi zostały uregulowane ogólnikowo ale to sobie możemy wzajemnie przecież uzgodnić. Sąd do tego nie jest potrzebny.


Emi wspomina coraz częściej, że dobrze byłoby sformalizować związek. Zależy jej na tym, chodzi o rodziców, o przywrócenie relacji z nimi, o to jak na nas ludzie patrzą a również o mój wizerunek w pracy. Omawiamy termin i ustalamy szczegóły. Okazuje się, że Emi jest w ciąży, więc ślub warto przyśpieszyć.

 


Ślub wzięliśmy 25 kwietnia 2015r ., były w sumie cztery osoby. My, świadkowie, mój dawny kolega, jeszcze z czasów ogólniaka i jej daleka krewna.


Parę miesięcy po ślubie dotknęła na tragedia. Żona nie utrzymała ciąży, płód okazał się martwy. Bardzo to przeżyliśmy, ale Emi dzielnie się trzymała.


Żyliśmy ze sobą, najważniejsza była terapia Emi. Ja miałem problemy ze spotkaniami z dziećmi. Skończyło się na sprawach w sądzie rodzinnym. Emi bardzo mi pomagała, zaczęła pisać bloga, pisała wszędzie gdzie się dało na temat spraw w sądzie, których końca nie było widać. Rozmawialiśmy i mimo, że nie ma wykształcenia prawniczego została moim pełnomocnikiem (jako żona miała taką możliwość). Doszliśmy do wniosku, że razem będzie łatwiej, mnie mógł „zjeść stres” a ona na to wszystko patrzyła bardziej obiektywnie. Czy jednak na pewno? To i cała historia spraw sądowych to jednak temat na odrębną opowieść, tyle się wówczas działo i tyle złych doświadczeń związanych z wymiarem sprawiedliwości doświadczyłem na własnej skórze.


Moja żona zajęła się finansami, które w całości jej powierzyłem, zaczęliśmy wyjeżdżać. Mielno, Gdańsk, Gdynia, Sopot. Lubiła morze. Jeździliśmy za granicę, Cypr, Korfu, wyjazdy do Turcji. Średnio dwa razy w roku za granicę i wyjazdy nad nasze morze. Były chwile bardzo trudne i piękne, jak to w życiu.


W roku 2017r. pojawiła się możliwość pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, w nowo powstającym Departamencie Prawa Administracyjnego, działającym przy tzw. Komisji Weryfikacyjnej. Znałem temat reprywatyzacji gruntów warszawskich więc zgłosiłem się i zostałem skierowany na delegację. Bardzo szybko okazało się, że w nowej pracy nie mam możliwości przekonania swoich przełożonych do pewnych przyjętych w orzecznictwie sądowoadministracyjnym kwestii.


Praca kończyła się o 16.15. Więc była całkowicie różna od mojej poprzedniej, gdzie system był zbliżony do zadaniowego czasu pracy. To zaczęło powodować konflikty z Emi, wracałem późno, często bardzo zmęczony. Ona była zła, że nie poświęcam jej tyle czasu ile potrzebuje a poza tym były spotkania z córką, średnio, co dwa tygodnie. Powtarzała żebym zrezygnował z delegacji, ja że nie chcę. Po pierwsze byłoby to przyznanie się do porażki, po drugie finansowo nie dalibyśmy rady. Wyjazdy, alimenty, pożyczki do spłacenia, mieszkanie w kredycie. Nie mielibyśmy z czego żyć.


Udało mi się zmienić DPA na Departament Nadzoru Administracyjnego. Zajmowałem się skargami na czynności sądów w poszczególnych sprawach. Było lepiej, miałem paru kolegów. Nawet trzy czy cztery razu wyszedłem po pracy na spotkanie z nimi. Moja, żona też ich polubiła.


W 2018r. poznałem Arka, był spoza Warszawy. Zaprzyjaźniłem się z nim. Pewnego razy gdy miał przyjechać pytał się czy może u nas przenocować. Wcześniej na ten temat rozmawiała ze mną Emi i też o to prosiła. Nie miałem nic przeciwko temu. Nocował u nas 2 lub 3 razy. Miło było z kimś porozmawiać.


Od września 2018r. miałem zmienić pracę i przejść na delegację do Biura Krajowej Rady Sądownictwa. Nie było chętnych na to miejsce a ja chciałem połączyć swoją pracę z orzekaniem w sądzie, a taka możliwość w tym przypadku istniała.


Mój pierwszy dzień pracy, ładny gabinet, miła atmosfera. Wygląda super, chyba mam jednak trochę szczęścia w życiu. Wracam do domu. Emi leży pijana, nic nie kontaktuje, obok „otwarty” jej telefon. Spojrzałem „kocham Cię” ja też „Cię kocham”, „czekam”. To nie ja pisałem i nie do mnie były skierowane te słowa. Usiadłem w kuchni przy stole, i siedziałem tak. Jedna godzina, druga, trzecia może czwarta. Papieros za papierosem. Czas się zatrzymał, czułem jakbym był zatopiony w bryle bursztynu.


Emi przetrzeźwiała, weszła do kuchni spojrzała na mnie, zapytała: „Wiesz?”, „Tak wiem”, „I cały czas tak tu siedzisz?”, „Tak”, „Ale ja ciebie kocham”, „To jak mogłaś zrobić coś takiego?”.


Potem zaczął się koszmar. Ona cały czas piła. To było jak w tym filmie „Pod upadłym aniołem” . Ciąg alkoholowy, którego końca nie było widać. Parę detoksów w domu, szpitale, po powrocie z pracy wyłamane drzwi wejściowe, w domu całkowita ruina. Przychodzę, sprzątam co się da siadam w kuchni i palę. Nie mam siły nawet pozmywać naczyń. Ona leży pijana, czasami wstaje coś bełkocze, wychodzi do sklepu, znów alkohol. Nigdy nie zrobiłem jej zdjęcia w takim stanie, sprzątałem, dzwoniłem po detoks, ewentualnie karetkę.


Próbuję z nią rozmawiać, dowiaduję się coraz więcej o tym romansie. Jakieś nagie zdjęcia z jednej i drugiej strony, porno rozmowy z opisem seksu. Mam powoli wszystkiego dość a rano znów trzeba wstać i iść do pracy. Po pracy nie chcę wracać do domu, często idę na Poznańską, kupuję herbatę i kawę. Tam jest spokojnie, chodzę do Grupy Felka, czasami przez przypadek do innych grup. Byle nie wracać do domu, bo wiem co tam zastanę. Nie jestem sam, przychodzą tam różni ludzie. Przychodzi dziewczynka w wieku 11 lub 12 lat, co ją spotkało, że stara się tam schronić?


Próbujemy rozmawiać. Nie jest łatwo. Ja mam przed oczami obrazy jak się kochają na naszym łóżku, w kuchni, w łazience, w dużym pokoju. Wyobraźnia jest bezlitosna i nie da się wyłączyć tych projekcji.


Decyzja. Spróbuję jej wybaczyć ale niech zerwie z nim wszelkie relacje i do cholery przestanie pić. I nie chcę gościa widzieć na oczy, bo mu krzywdę zrobię.

 


Udało mi się zdobyć parę dni urlopu. Jedziemy z Emi nad morze. Ona nie pije, wygląda to obiecująco. Pięknie jest, rozmawiamy, znów jesteśmy razem ale ta rana jest cały czas świeża. Czuję, że osoba, której bezgranicznie ufałem wbiła mi nóż w plecy. W pewnym momencie ona mówi „Myślę, że po tym co się wydarzyło nasz związek może być jeszcze lepszy”, odpowiadam „Nic nie będzie już takie jak było”. Znów projekcja obrazów w moim umyśle. Wracamy znad morza, trochę snu i znów do pracy. Przychodzę do domu, ona znów pije. Rozmowa, jedna, druga, trzecia, czwarta. Warto próbować.


Październik, początek. Nie zerwała z nim relacji. Wiem, że było kilkadziesiąt prób kontaktu z jej strony. Telefony, smsy, komunikatory, bramki internetowe.


Mówię do niej „To już koniec, od teraz nie uważam cię za swoją żonę i tym razem będę się tego trzymać”. Tak też się dzieje, tylko, że ona pije a ja żyję w tym matrixie. Nie mam gdzie podziać się z córką gdy zabieram ją do siebie, proszę kolegów o pomoc bym mógł przenocować z dzieckiem, poza swoim mieszkaniem.


Listopad 2018r. trafia do szpitala, raz, drugi. Przyjeżdżam, wchodzę na salę i widzę jak jakiś mężczyzna siedzi przy niej i pochyla się nad jej głową. Coś szepczą. Nie, już nie jestem zazdrosny, to już nie jest moja żoną niech robi co jej się podoba. Tak sobie to tłumaczę, ale w środku coś mną targa. „Nie, to już nie jest moja żona”. Powtarzam w myślach.


Wraca ze szpitala. Mówię do niej albo ty się wyprowadzisz albo ja. Tak dłużej nie potrafię żyć. Ona, „mieszkanie ty spłacasz, wyprowadzę się”.


Ostatecznie Emi wyprowadza się w połowie grudnia 2018r. Zabiera wszystkie swoje rzeczy i znika. Nie wiem gdzie od tego czasu przebywa i, co się z nią dzieje. Czasami zamieszcza swoje zdjęcia na Twitterze, z nową fryzurą, makijażem, czy zrobionymi paznokciami lub rzęsami. W dniu moich urodzin, 27 kwietnia 2019r. dostaje od niej smsa ze zdjęciem, na którym uśmiecha się wraz z koleżanką i życzy mi wszystkiego najlepszego. Publikuje też zdjęcie na Twitterze ze słowami „Były mężu żałuj … .”.


Powyższy tekst stanowi własność Tomasza Szmydta, rozpowszechnianie tekstu w jakiejkolwiek formie wymaga pisemnej zgody autora, podobnie autor nie wyraża zgody na jakiekolwiek zmiany, skróty czy inne działania techniczne w tekście, który stanowi spójną całość, prawnie chronioną przez przepisy prawa autorskiego.

red/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze