Po awarii 6 godzin czekali w pociągu, 300 m od peronu. "Dzieci będą nienawidzić PKP do końca życia"

Polska
Po awarii 6 godzin czekali w pociągu, 300 m od peronu. "Dzieci będą nienawidzić PKP do końca życia"
Katarzyna Maszka

Uczniowie gdańskiej podstawówki oraz inni pasażerowie nocnego pociągu relacji Gdynia - Bielsko-Biała ponad 6 godzin czekali na odjazd pociągu, który utknął 300 m od peronu w Pruszczu Gdańskim. Skład najechał na powalone drzewo. - Dramat. Dostawaliśmy zdawkowe informacje - mówi polsatnews.pl wychowawczyni dzieci. PKP Intercity tłumaczy, że podróżni musieli zostać w pociągu ze względu na burzę.

Problem dotyczył około stu pasażerów pociągu TLK Intercity, w tym 22 dzieci oraz dwóch nauczycielek z Gdańskiej Szkoły Szermierki. W poniedziałek o 21:49 ich pociąg wyjechał ze stacji Gdańsk Wrzeszcz, by około 22:15 stanąć tuż niedaleko peronu w Pruszczu Gdańskim.

 

Rozpętała się burza, podczas której piorun uderzył w drzewo, a to runęło na tory. Chwilę później najechała na nie lokomotywa pociągu z Gdańska. Nikomu się nic nie stało.


- Nagle pociąg tak jakby podskoczył. Były domysły, że może ktoś wpadł pod niego. Najgorsze było to, że przez dwie pierwsze godziny w ogóle nie było żadnej reakcji. Nikt nam nic nie powiedział. Chodzili ochroniarze, którzy mówili, że może za pół godziny, może za godzinę ruszymy, nie wiadomo. Nie było informacji, same zdawkowe, że "już jadą". To "już jadą" trwało cztery godziny - opowiada wychowawczyni Katarzyna Maszka.


- Wyglądało to tragicznie. Przyjechały chyba ze cztery wozy strażackie, zaczęli debatować, co tam się stało. Po kilku godzinach okazało się, że naprawili ten pociąg na tyle, żeby go wciągnąć na peron w Pruszczu Gdańskim. Jechaliśmy powolutku na i nagle okazało się, że jednak nie da rady, bo coś odpadło - dodaje.


"Po torach, skacząc z wysokości"


Nauczycielka podkreśla, że nie wolno im było wysiąść, bo pociąg zatrzymał się "w środku torowisk".


Jak relacjonuje, "kiedy podjechał drugi pociąg, dzieci wtarabaniły się do niego po torach, skacząc z wysokości". - Nadjechały jeszcze cztery straże pożarne, policja, jeszcze robili jakieś oględziny, więc w sumie po ponad sześciu godzinach dopiero ruszyliśmy - dodaje.


Zapytana o to, czy przewoźnik zapewnił prowiant i wodę, Maszka odpowiada: "po kilku godzinach przyszła pani i rozdała dzieciom po butelce wody". - Zorientowałyśmy się, że jest wagon sypialny, spytałyśmy, czy może jakaś kawa byłaby możliwa, więc pani nam zrobiła nieodpłatnie kawę, zaproponowała jeszcze wodę i batoniki dla dzieci. Nie było innej możliwości, bo nie było nawet WARS-u - tłumaczy nauczycielka.


- To jest dramat, wiedząc, że są dzieci i było tak blisko Pruszcza. Można było wiele rzeczy zrobić. Rozumiem dwie, trzy godziny, ale sześć? Dzieci były niesamowicie dzielne - podkreśla wychowawczyni.


"Zmarnowana wycieczka, która nie była tania"

 

Opiekunki podkreślają, że przez opóźnienie dzieci stracił możliwość wejścia do Energylandii, które zaplanowały na wtorkowy poranek. Ze względu na tę atrakcję wyruszyły z Gdańska nocnym pociągiem. Zamiast niej uczniowie musieli pojechać wprost do Szczyrku, gdzie mieli wykupiony nocleg.


Ze Szczyrku w środę nad ranem dzieci wyjechały do Wiednia, a stamtąd pojadą do Budapesztu. Wracają w piątek do Katowic, skąd o 14:00 miały wyruszyć w drogę powrotną do Gdańska.


- Chciałyśmy kupić bilety na późniejszy pociąg, żeby móc jeszcze zabrać dzieci do Energylandii, ale nie było już miejsc. PKP zgodziło się jednak podstawić nam dodatkowy wagon na kurs powrotny o 20:00, więc będziemy mieć kilka dodatkowych godzin (na zabawę w Energylandii) - dodaje.


- Zmarnowana wycieczka, która nie była tania. Może PKP coś tym dzieciom zapewni, bo po czyś takim, to będą nienawidzić PKP do końca życia - stwierdza Maszka w rozmowie z polsatnews.pl.

 

"Zagrożenie dla życia i bezpieczeństwa"

 

"Trwająca burza i gwałtowny wiatr uniemożliwiały podstawienie zastępczej komunikacji autobusowej - w tej sytuacji przeprowadzenie pasażerów do drogi po śliskim tłuczniu, w pobliżu drzew, w nocy, w czasie tak intensywnych wyładowań atmosferycznych stwarzało zagrożenie dla ich życia i  bezpieczeństwa" - poinformowała polsatnews.pl Katarzyna Grzduk, rzecznik prasowa PKP Intercity w odpowiedzi na pytania, dlaczego pasażerowie musieli spędzić ponad sześć godzin w pobliżu peronu.

 

Jak dodała, "zgodnie z zaleceniami w komunikacie z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa należało zachować szczególne warunki ostrożności, łącznie z niewychodzeniem na zewnątrz. Najbezpieczniejszym więc rozwiązaniem było pozostawienie pasażerów w pociągu".

 

"Drużyna konduktorska uspokajała podróżnych, a też pasażerowie starali się zachować spokój, choć panujące warunki pogodowe wzbudzały niepokój. Podróżni otrzymali napoje i poczęstunek z zasobów wagonów sypialnych" - podkreśliła.

 

Pasażerów przeniesiono do wagonów sypialnych

 

Rzecznik poinformowała także, że "w trakcie trwania zdarzenia została podjęta decyzja o skierowaniu na miejsce dwóch lokomotyw, z czego jedna miała poprowadzić skład dalej".

 

"Jak się okazało stan techniczny wagonów uniemożliwiał ich dalszą jazdę, wobec czego zgłoszono zapotrzebowanie na przygotowanie składu zastępczego, który podstawiono z Gdyni Postojowej. Wraz ze składem zastępczym dostarczono dodatkową ilość wody dla pasażerów i poczęstunek" - tłumaczyła.

 

"Przy asyście funkcjonariuszy Straży Pożarnej i drużyny konduktorskiej bezpiecznie przelokowano pasażerów do nowego składu. Podjęto decyzję o przelokowaniu wszystkich podróżnych zwłaszcza rodziny z dziećmi i osób starszych do trzech wagonów sypialnych w celu poprawy komfortu i spokojnej dalszej podróży. Funkcjonariusze Policji, którzy byli obecni na miejscu i prowadzili postępowanie wyjaśniające, zezwolili na odjazd składu zastępczego ok. godziny 4:20" - dodała.

 

Na pytanie o ewentualne odszkodowanie czy zwrot kosztów podróży, Grzduk odpowiedziała: "każdy pasażer ma prawo i możliwość złożenia reklamacji".

prz/ml/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze