Najpierw stracili dorobek życia w pożarze, potem ich zalało. Dramat 18-osobowej rodziny

Polska

W pożarze 27 maja w nocy w Domaszkowie (woj. dolnośląskie) spłonął dom 18-osobowej rodziny, w której jest 9 dzieci. Tydzień później nadeszła nawałnica i pogorzelców zalała woda z pobliskiego potoku. Rodzina prosi o pomoc. Materiał "Interwencji".

Domaszków to wieś położona w powiecie kłodzkim w województwie dolnośląskim. To tu 27 maja około 1:40 w nocy wybuchł pożar. Spłonął budynek, w którym mieszkała wielopokoleniowa rodzina. Jednej nocy dach nad głową straciło 18 osób .

 

Pożar w środku nocy

 

- Zaczęło się palić pierwsze piętro i wiadomo - wszystko drewniane, wysuszone, poszło na więźbę dachową i sobie szło w kierunku mieszkania. To jest nasz rodzinny dom po dziadkach. Mamy do niego ogromny sentyment, nie chcielibyśmy się rozchodzić. Jesteśmy bardzo zżytą rodziną. Jak tutaj widać, mamy całe grono maluchów  – opowiada reporterce "Interwencji" Mirosław Rudalski.

 

- Usłyszeliśmy straszne trzaski, było gorzej niż w Sylwestra, bo tu mieliśmy pokrycie z eternitu i strasznie strzelało. Przebudziliśmy się z żoną. Ona pobiegła do pokoju córki, bo zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, że najprawdopodobniej się palimy – relacjonuje Piotr Zarówny.


- Do najstarszego syna zaczęłam krzyczeć, żeby pobiegł obudzić bratową, bo ona ma schody drewniane. Wzięłam telefon, dzwoniłam do brata, bratowej, ale nie było zasięgu. Nie mogłam się nigdzie dodzwonić. Zaczęłam krzyczeć – wspomina Joanna Zarówna.

 

Budynek nie był ubezpieczony

 

Budynek nie był ubezpieczony, bo rodzina waśnie remontowała dom. Państwo zarówno trzy tygodnie temu wykończyli sypialnię. Podczas wakacji mieszkańcy mieli wspólnie wymienić dach. W domu został cały dorobek ich życia.

 

- Mieliśmy zakupioną blachę trapezową na całe poszycie dachowe. Odkładaliśmy trzy lata, wzięliśmy nawet kredyt, który nie jest spłacony do dzisiaj i ona spaliła się. Nie nadawała się kompletnie do użytku. Wnet będą wakacje, chcieliśmy posłać dzieci gdzieś na obóz, żeby sobie odpoczęły. A zmuszone są zostać w domu, u dziadków albo u drugich dziadków, może gdzieś u wujków, u ciotek – mówi reporterce "Interwencji" Mirosław Rudalski.

 

Potrzebują 650 tys. zł

 

Rodzina, uciekając przed ogniem, nic ze sobą nie zabrała. Dzieciom brakuje artykułów szkolnych, mebli i zabawek. Gmina Międzylesie wraz ze służbami wojewody zorganizowała środki na zakup żywności i częściową odbudowę budynku. Pogorzelcy marzą, by wrócić do swojego domu jak najszybciej. Muszą jednak zebrać blisko 650 tysięcy złotych – bo na tyle oszacowane są straty. 


- Pieniążki, które były na chleb dla dzieci, na jakieś buty, ciuchy, wszystko spłonęło, bo nikt nie myślał, żeby je brać ze sobą, tylko żeby wyprowadzić dzieci, rodzinę kompletną i uciec jak najdalej – zauważa Piotr Zarówny.

 

Pogorzelcy są pokrzywdzeni przez jeszcze jeden żywioł. Tydzień po pożarze nad Domaszkowem przeszła nawałnica. W wyniku intensywnych opadów deszczu budynek zalał pobliski potok. Woda zabrała wszystko, co udało im się do tej pory zgromadzić. 


- Tutaj praktycznie wychowaliśmy się wszyscy, urodziliśmy się tutaj. Dlatego apelujemy do ludzi o wielkim sercu, żeby zlitowali się i pomogli nam odbudować  nasz rodzinny dom  - mówią pogorzelcy.

jm/msl/ "Interwencja"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze