Latkowski: według źródła "Tygrys" i Olech stoją za OLT i Amber Gold. Marcin P. był słupem

Polska

- Czyli świadek mówi tak: "Tygrys" przyniósł pieniądze w walizce, Olech uczynił z Marcina P. słupa i oni stoją za Amber Gold? - pytał członek komisji śledczej ds. Amber Gold Witold Zembaczyński z Nowoczesnej. - Tak mówią źródła, a nie świadek. Opowiedziałem to, co źródła powiedziały - odpowiedział były redaktor naczelny tygodnika "Wprost" Sylwester Latkowski.

Latkowski powiedział, że wraz z dziennikarzem Michałem Majewskim, który ma zeznawać po południu, otrzymali notatkę ABW, która była dla nich cenna. - Tam zwróciliśmy uwagę na jeden fragment - powiedziano o spotkaniu dotyczącym powstania OLT w domu Mariusa Olecha, gdzie miało to dojść do spotkania chyba z panem Wicherkiem i Marcinem P. - mówił przed komisją. 

 

Powiedział, że jako dziennikarze zaczęli sprawdzać tę notatkę i zadzwonili do Mariusa Olecha. - Powiedział, że jest to nieprawda, że nie zna Marcina P., i że jest to blef - zamieściliśmy to w artykule. Napisaliśmy, że jest taki plan śledztwa i wymieniono tam Mariusa Olecha. Daliśmy mu prawo głosu i w całości jego wypowiedź wiernie zacytowaliśmy - dodał.

 

Wyjaśnił, że w ramach dziennikarskiego śledztwa poszli tym tropem - "wypytywaliśmy o »Tygrysa«, Mariusa Olecha i o związki z Amber Gold".

 

"Tygrys" miał dać 5 mln złotych, albo dolarów

 

- Okazało się, że wiele źródeł mówiło wprost - i mówię tu o wielu źródłach -  o przestępcach, byłych policjantach, byłych funkcjonariuszach służb specjalnych i obecnych wtedy funkcjonariuszach, którzy wprost mówili nam, że według nich historia ma wyglądać w ten sposób, że "Tygrys" miał dać 5 mln złotych albo dolarów - musiałbym sprawdzić notatki - relacjonował Latkowski przed komisją.

 

- Te pieniądze zostały mu zwrócone, tutaj osobą, która odegrała też rolę był Marius O. - dodał.

 

Podał, że spotkał się z Michałem Majewskim z inną osobą. - Spotkaliśmy się też z drugą osobą, która nie była źródłem informacji ABW w tym planie śledztwa. Zupełnie niezależną osobą, która sama się skontaktowała ze mną, że chce porozmawiać z nami - opisywał, nie ujawniając tożsamości tej osoby.

 

"Tam pojawił się »Tygrys« z walizką"

 

- Z Michałem Majewskim spotkaliśmy się z tą osobą. Niestety zastrzegła ona, że chce być źródłem - my nie możemy powiedzieć kto to jest. Ale to jest ktoś z bardzo bliskiego kręgu Mariusa Olecha. Ktoś, kto nam mówił: "widziałem na własne oczy" - mówił komisji.

 

Według relacji świadka ta osoba przekazała im informację o zdarzeniu, do którego miało dojść dużo wcześniej niż powstało OLT. - Powiedział, że on widział Marcina P. u Mariusa Olecha z jeszcze jakąś inną osobą. Opowiedział też, że tego samego dnia był w biurach Mariusa Olecha w Sopocie przy Kołobrzeskiej (...) i tam pojawił się "Tygrys" z walizką - opisywał.

 

- Nasz rozmówca twierdził, że musiały tam być pieniądze. On to tak odbierał, że była to walizka, w której się właściwie przenosi pieniądze - zaznaczył.

 

- Bardzo krótko był "Tygrys". Zostawił tę walizkę i później Marius Olech wziął ze sobą tę walizkę. Spotkanie, na którym miał pojawić się Marcin P. miało być wieczorem - on określił, że ok. godz. 22.00-23.00 - powiedział Latkowski.

 

Wątek zaginięcia Iwony Wieczorek

 

- To był nasz drugi trop potwierdzający to, co znaleźliśmy kilka miesięcy wcześniej w notatce ABW - zaznaczył. Ta osoba zaczęła pokazywać znajomych Mariusa Olecha na Facebooku, mówiąc kto jest kim - podał. Zaznaczył, że robił zrzuty ekranu tych danych, bo prezentowane były na jego laptopie.

 

Podał, że źródło mówiło o kilku sprawach obyczajowych związanych z Mariusem Olechem, co interesowało dziennikarzy w związku ze sprawą zaginionej Iwony Wieczorek. - Zresztą ten wątek nigdy nie został sprawdzony, a powinien dla zasady być wyjaśniony - dodał.

 

"Zaczęliśmy poznawać, że służby nie reagują"

 

Latkowski mówił, że w sierpniu 2012 r. jeszcze przed wybuchem afery Amber Gold "pan Frankowski i inni menedżerowie" zaczęli im opowiadać historię z perspektywy wnętrza Amber Gold. - Tak naprawdę wtedy zaczęliśmy poznawać tak po dziennikarsku, że coś jest nie tak, że służby nie reagują - prokuratura, CBŚ, ABW - tłumaczył.

 

Jak powiedział, pokazywano im dokumenty księgowe, m.in. dotyczące kwoty 35 mln zł wydatkowanej na media w postaci reklam. - Te kwoty były różne - Marcin P. przesłał nam inną kwotę, ale mówił, że chodzi o pieniądze zapłacone - może umowy zakładały wyższą kwotę, a reszty trzeba było dochodzić - mówił.

 

Zaznaczył, że pytali też właściciela "Wprost" Michała Lisieckiego, ile ich gazeta wzięła od tego reklamodawcy. Według niego kwota miała wynieść 1 mln zł, ale umowa opiewała na 400 tys. zł, z czego zapłacono 270 tys. zł. - Mamy tam też inne podmioty - po milion, dwa miliony złotych - dodał.

 

"Mówiliśmy, że Marcin P. to jest oszust"

 

Wskazał, że w redakcji on i Majewski mówili, "że Marcin P. to jest oszust", żeby redakcja "skończyła z podawaniem jego wersji, że bronimy biznesmena, że napadło go ABW".

 

- Myśmy wykazali, że notatka, którą Marcin P. się posługuje - o operacji IKAR - jest fałszem, jego manipulacją. W tej sprawie pomógł nam płk. Tarnowski - że nie jest to notatka Agencji, bo brak jej paru rzeczy. Dlatego wprost napisaliśmy, że to sfałszowana notatka" - relacjonował komisji.

 

Witold Zembczyński (Nowoczesna) pytał Latkowskiego, czy jego źródła mówiły, kto wprost czerpie korzyści z Amber Gold i czy to są politycy.

 

- Nie, o politykach nam nie wspominano. Politycy w Trójmieście zrobili coś takiego... jest taki obraz małpki, która zakrywa oczy - dokładnie wiedzieli, kim jest Marcin P. To, co powiedział Michał Tusk, bardzo szczerze powiedział, że każdy wiedział, tak jak on - powiedział Latkowski.

 

"Byli przekonani, że firma pójdzie do upadłości"

 

Odpowiadając na pytania posła Kukiz'15 Tomasza Rzymkowskiego, Latkowski zeznał, że Marcin P. powiedział w rozmowie z 7 sierpnia 2012 r., że pomysł na Amber Gold był "właśnie z Niemiec, bo tam jest to bardzo modne, np. inwestowanie w srebro, że ma tam rodzinę".

 

Latkowski, jak relacjonował, pytał także Marcina P. skąd miał pieniądze na stworzenie Amber Gold. - On powiedział, że oni mieli firmę (...) i prowadzili m.in. pośrednictwo kredytów dla wielu znanych banków i tak zarobili, rzucił chyba kwotę 2 mln zł, czy coś takiego - stwierdził.

 

Rzymkowski dopytywał, czy podczas rozmowy z Latkowskim Marcin P. powoływał się na jakieś nazwiska, które miały go uwiarygodnić, czy oczekiwał jakieś pomocy, wyrażał obawy.

 

- Oni wtedy byli przekonani, że firma pójdzie do upadłości, od razu to mówili. 7 sierpnia powiedzieli, że to już jest po wszystkim, oni nas tylko przekonywali, że mają pieniądze, że mają 17 mln zł na koncie, mają ileś tam w nieruchomościach i że oni jutro zaczną przelewać pieniądze - powiedział Latkowski.

 

"Nie mogli działać sami"

 

Jak mówił, w rozmowie z nim, Marcin P. powiedział, że z politykami nie miał kontaktu. - Małżeństwo P. bardzo się izolowało od polityków, oni mówili, że chcą się trzymać z dala od polityków, tak nas zapewniano - powiedział Latkowski.

 

Zeznał także, że po rozmowie z małżeństwem P., odniósł wrażenie, że Katarzyna i Marcin P. nie mogli działać sami.

 

- Nie wierzyliśmy widząc małżeństwo P., że oni są w stanie wymyśleć i prowadzić taki biznes, po prostu rozmawiając z nimi, to po prostu nie wchodziło w grę. Wiedzieliśmy, że to jest niemożliwe, żeby te postacie działały same, takie odnosiliśmy wrażenie - stwierdził.

 

- Wszystkie źródła mówiły, że to nie są osoby, które samodzielnie funkcjonują, czyli musiały mieć pomoc - powiedział Latkowski.

 

Dopytywany przez przewodniczącą komisji Małgorzatę Wassermann (PiS), co to znaczy, Latkowski odpowiedział, że "no, że są słupami".

 

Wassermann pytała także, czy podczas rozmowy 7 sierpnia 2012 r., Marcin P. powiedział, że ma informacje, "przecieki" z postępowania.

 

- Nie, nigdy tak nie padło, był tylko fragment dywagacji, bo oni byli np. obrażeni, i urażeni tym, że ABW się nimi zajmuje - powiedział Latkowski.

 

"To, co czytaliśmy pokazywało, że Marcin P. ma zdumiewającą ochronę w Trójmieście"

 

- Gdy udało nam się zajrzeć do planu śledztwa, wiedzieliśmy, że to gigantyczny skandal. To, co czytaliśmy pokazywało, że Marcin P. ma zdumiewającą ochronę w Trójmieście - powiedział Sylwester Latkowski.

 

- Pragnę oświadczyć, że nigdy nie przekazałem planu śledztwa ABW Marcinowi P. odbyłem wraz z Michałem Majewskim tylko jedno spotkanie z Marcinem P. i z jego małżonką, trwało ono godzinę i 50 minut. Później były śladowe kontakty e-mailowe, sms-owe, może jakiś telefon, Marcin P. w pewnym momencie zaczął unikać kontaktu z nami - powiedział Latkowski na wstępie przesłuchania.

 

 

Jak podał, o planie śledztwa dowiedzieli się kilka dni później, w momencie, kiedy P. był zatrzymany - 16 sierpnia. - I nie dostaliśmy go fizycznie, mieliśmy możliwość wglądu, spisania go, stąd zabiegaliśmy później wiele razy o ten dokument, czyli nawet nie było możliwości fizycznego przekazania komuś planu, bo też go nie posiadaliśmy, a on był nam potrzeby do obrony w sądzie - powiedział Latkowski.

 

- Dopiero uzyskaliśmy go dwa miesiące temu, trzy miesiące temu i złożyliśmy do sądu - wyjaśnił.

 

"W żadnym tekście nie ma ani jednego słowa obrony małżeństwa P."

 

Podkreślił, że o jego pracy świadczą teksty dziennikarskie, które napisał z Majewskim. - I w żadnym z nich nie ma ani jednego słowa obrony małżeństwa P. - wskazał.

 

 Latkowski podkreślił że w czasie funkcjonowania Amber Gold nie był naczelnym "Wprost", ale nadzorował stronę internetową wprost.pl. - Zostałem redaktorem naczelnym dopiero w 2013 r. i wtedy miałem wpływ na pracę redakcyjną tygodnika - zaznaczył.

 

Jak dodał strona, którą zarządzał miała promować tygodnik "Wprost" oraz towarzyszące media w grupie, czyli "Bloomberga".

 

- To "Bloomberg", którym zarządzał Cezary Szymanek, a nie "Wprost" przeprowadził wywiad z Marcinem P.; chodziło o to, by strona wprost.pl wypromowała ten numer - wskazał tłumacząc, że był to numer, w którym Marcin P. po raz pierwszy pokazał swoją twarz i pozował ze sztabką złota.

 

"Szymanek wspomniał, że jest jakaś lista polityków, którzy albo wzięli pożyczki, albo wzięli lokaty z Amber Gold"

 

- Jak każdy dziennikarz uważałem, że to dobrze, że udało się porozmawiać z człowiekiem, z którym nikt do tej pory nie rozmawiał, który ukrywał swoją tożsamość. Uważałem, że to jest sukces "Bloomberga" i Cezarego Szymanka, ale uważałem, że podawanie tego w pewien sposób intensywny, kłóci się z moim wyczuciem. Mieliśmy już na tym etapie spory w redakcji - relacjonował Latkowski.

 

Dodał, że Szymanek poinformował go, że P. powiedział mu o współpracy z Michałem Tuskiem. - To już była ważna informacja dla każdego dziennikarza, że oto w firmie, o której się mówi, która zaczyna mieć problemy pracuje syn znanego polityka. Jednocześnie Szymanek wspomniał, że jest jakaś lista polityków, którzy albo wzięli pożyczki, albo wzięli lokaty z Amber Gold - mówił.

 

Latkowski zaznaczył, że on takich rzeczy "nie przyjmuje zero-jedynkowo" dlatego poprosił o zweryfikowanie tej listy. - Dziennikarze wprost.pl zaczęli wydzwaniać do polityków, a ci zaczęli zaprzeczać. Jednocześnie wspomnieli, że te same pytania dostali z tygodnika "Newsweek". Wychodzi na to, że ktoś inny posiadał tę listę, nie tylko "Bloomberg", który przekazał to "Wprost" - powiedział świadek.

 

- Okazało się, że ta lista jest niewiarygodna, my jej nie sprawdzaliśmy do końca, ale już po pięciu nazwiskach, takich jak Ewa Kopacz, okazało się, że to jest blef - podkreślił.

 

Zeznania Marcina P.

 

Podczas czerwcowego przesłuchania Marcina P. był pytany przez komisję śledczą o listę nazwisk polityków, którą rozsyłał Emil Marat, a którzy mieli lokować środki w Amber Gold.

 

- W chwili obecnej nie jestem w stanie (powiedzieć), bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz (Paweł, prezydent Gdańska), na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS - mówił Marcin P. Jak dodał, w bazie były wszystkie opcje polityczne na szczeblach: centralnym i wojewódzkim.

 

- Wszystkie partie polityczne były, po prostu Ewa Kopacz i Paweł Adamowicz, to są takie nazwiska, które medialnie często występują, dlatego je wymieniłem - wyjaśnił P.

 

Jak mówił, to były imiona i nazwiska osób, których wyszukiwał system danych Amber Gold. - Żadna z osób, która była na tej liście, nie potwierdziła dziennikarzom, że jest osobą, która lokowała środki (w Amber Gold). Nie umiem powiedzieć, czy to była zbieżność nazwisk, czy nie. Według mojej wiedzy na dzień dzisiejszy, mogła to być zbieżność nazwisk. Nazwisko Ewa Kopacz, czy Paweł Adamowicz występuje wielokrotnie - powiedział Marcin P.

 

Spotkanie z Michałem Tuskiem

 

Latkowski w środę mówił o spotkaniu, jakie na początku sierpnia 2012 r. on i Michał Majewski, jako dziennikarze tygodnika "Wprost", odbyli z synem ówczesnego premiera Donalda Tuska, Michałem Tuskiem.

 

Doszło do niego w Gdańsku 7 sierpnia 2012 r. Na ten sam dzień, później, obaj umówieni byli też na spotkanie z ówczesnym szefem Amber Gold i jego żoną.

 

Spotkanie z Tuskiem odbyło się w restauracji. - Michał Tusk wykazał się zdumiewającą otwartością. W pewnym momencie stwierdził, że on nam wszystko wyjawi, powiedział, że się może zalogować na skrzynkę pocztową swoją - tę skrzynkę taką słynną Józefa Bąka, którą się posługiwał - mówił Latkowski.

 

Dodał, że otworzył komputer, a Tusk zalogował się na tę skrzynkę. I mail po mailu tłumaczył nam - on chciał jakby też, żeby czegoś nie przeoczyć - jak wyglądało zawarcie współpracy z Marcinem P. - powiedział Latkowski.

 

 

"W kilku miejscach rzeczywiście kluczył"

 

Dodał, że Tusk otwierał maile, a oni robili ich "zrzuty". - Czyli też to było troszeczkę inaczej przedstawione, że my mieliśmy materiały tylko i wyłącznie od Marcina P. - zaznaczył.

 

Świadek podkreślił, że nie odniósł wrażenia, że Michał Tusk kłamał. - Czasami, chwilami coś tam motał, ale to mogło wynikać po prostu ze stresu, z tego, że najzwyczajniej w świecie mógł poplątać pewne fakty, było kilka nieścisłości, często sam stwierdzał, że pewne rzeczy są "słabe", czyli, że ta współpraca szła za daleko, albo nie tak powinna wyglądać - powiedział Latkowski.

 

Ale - zaznaczył - Tusk pozwolił na zrobienie "zrzutów" maili, tłumaczył cały przebieg. - I uważam, że nie oszukał nas, że starał się po prostu uczciwie z nami rozmawiać, w kilku miejscach rzeczywiście kluczył - powiedział Latkowski.

 

Spotkanie z małżeństwem P.

 

Następnie były redaktor naczelny "Wprost" mówił o spotkaniu z Marcinem i Katarzyną P., które odbył wraz z ówczesnym dziennikarzem tygodnika Michałem Majewskim. Jak przekazał, trwało ono godzinę i 50 minut. Przez 40 minut małżeństwo P. referowało "swoją wersję historii kontaktów z Michałem Tuskiem".

 

- Przedstawili to w taki sposób, że oni właściwie nie chcieli, oni się bali nawiązywać współpracę z Michałem Tuskiem, uważali, że to jest człowiek, tak sądzili, że to może być człowiek wsadzony specjalnie do nich. Opowiedzieli, że on sam wykonał telefon do Marcina P., poprosił o spotkanie, jak był jeszcze dziennikarzem "Gazety Wyborczej" - powiedział Latkowski.

 

Dalej, przytaczając wersję P., powiedział, że Michał Tusk i twórca Amber Gold spotkali się. - Marcin P. powiedział, że na świadka tego spotkania wziął pana Frankowskiego (dyrektor zarządzający OLT Express, Jarosław Frankowski- red.), ustalili warunki współpracy, on (Michał Tusk) stwierdził wtedy, że chce odejść z "Gazety Wyborczej", i szuka pracy - powiedział Latkowski.

 

Dodał, że później Michał Tusk "zadzwonił i powiedział, że po rozmowie z rodziną, podkreślam słowo rodziną, zrezygnował".

 

- Temat Michała Tuska i współpracy z firmą związaną z Marcinem P. wyniknąć miał dwa miesiące później (...). I tutaj pośrednikiem albo osobą, która w cudzysłowie wrzuciła im Michała Tuska jest pan prezes lotniska w Gdańsku, tak twierdził Marcin P. - mówił Latkowski.

 

"Dla nas Marcin P. i Katarzyna P. to byli partnerzy biznesowi, tandem"

 

Podkreślił, że podczas jego i Majewskiego spotkania z małżeństwem P. o interesach mówiła także Katarzyna P. - Ona była aktywna, to nie była osoba, która siedziała i milczała, tylko aktywnie, tak jakby we wszystkie sprawy była wprowadzona. Czyli to byli partnerzy, dla nas Marcin P. i Katarzyna P. to byli partnerzy biznesowi w tym, co robili (...). Dla nas to był tandem - powiedział Latkowski.

 

- Oni mówili, że tylko jeden zarzut, coś krytycznie powiedziano, że Michał Tusk wykonał dla nich rzeczy, których nie powinien, czyli wyniósł pewne dane z lotniska, które tak naprawdę są nieosiągalne - powiedział Latkowski.

 

Podczas rozmowy z małżeństwem P. pytał wraz z Majewskim, czy w momencie, kiedy zrobiło się już "gorąco" wokół Amber Gold, próbowali poprzez Michała Tuska wpływać na "ojca czy też, żeby wyciągnął pewne informacje". - Oni zaprzeczyli, że nigdy tego nie zrobili - relacjonował Latkowski.

 

Opowiadając o rozmowie z Michałem Tuskiem, Latkowski powiedział, że Michał Tusk był przekonany, że to on sam pierwszy ujawnił swoją współpracę z Marcinem P. Latkowski pytał Michała Tuska, czy ma wsparcie ojca i służb prasowych.

 

- On narzekał na to, on mówił, że nie do końca, że tata unika teraz kontaktu (...). Tata się boi, że (Michał Tusk) jest podsłuchiwany - powiedział Latkowski.

 

"Ojciec mu rzucił taki tekst, żeby był spokojny, że komisji śledczej w tej sprawie nie będzie"

 

Jak mówił, Michał Tusk przekazał, że "wyznaczono mu po jakimś momencie osobę z Kancelarii", która miała konsultować odpowiedzi na pytania posła PiS.

 

Latkowski relacjonował, że Michał Tusk mówił, że "jako dziennikarz wie o tym, że tego nie da się ukryć". - W związku z tym miał przeciwny pogląd niż otoczenie premiera - że trzeba o tym otwarcie mówić. On był za tym, żeby mówić na ten temat, a ludzie z kancelarii premiera uważali, że powinien milczeć - mówił Latkowski.

 

- Wspomniał też, że jak rozmawiał z ojcem, to ojciec mu rzucił taki tekst, żeby był spokojny, że komisji śledczej w tej sprawie nie będzie - relacjonował Latkowski.

 

"Zdumiewająca ochrona"

 

Były redaktor naczelny "Wprost" zeznał, że w dniu zatrzymania Marcina P. udało mu się i Michałowi Majewskiemu zajrzeć do planu śledztwa. - Wtedy wiedzieliśmy, że jest jakiś gigantyczny skandal - wskazał.

 

- To co w tym planie śledztwa przeczytaliśmy, wskazywało, że ten człowiek (szef Amber Gold Marcin P.) ma zdumiewającą ochronę w Trójmieście. To jest niemożliwe, żeby tak zachowywały się urzędy skarbowe, sądy" - mówił. - To jego wyjście, to, że system bankowy nie reagował, tak, jak powinien reagować - dodał.

 

 

Szefowa sejmowej komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) spytała, czy w założeniach śledztwa było założenie, aby wyjaśniać, kto stoi za Marcinem P.

 

- My odbieraliśmy to, że jedynymi osobami, na których się trzeba skupić, a to jeszcze tak nie do końca, bo chociażby nie zabezpieczyć majątku właściwie, to byli Marcin i Katarzyna P. - odpowiedział Latkowski.

 

Na pytanie, czy słyszał od źródeł, żeby była grupa, która opóźniała założenie podsłuchu procesowego, zatrzymanie, postawienie zarzutów ws. Amber Gold, odpowiedział: "My wprost krytykowaliśmy, że to śledztwo jest po prostu prowadzone nie tak, jak powinno. My to opisywaliśmy i krytykowaliśmy".

 

Na pytanie, czy w planie śledztwa były inne osoby, odpowiedział, że "był wymieniony Marius Olech, który miał się spotkać z Marcinem P.".

 

- A później zniknął z planu śledztw? - dopytywał poseł Marek Suski (PiS). - Tak twierdzi prokurator, który powinien to wiedzieć - odpowiedział Latkowski.

 

- Dla mnie to była zdumiewająca sytuacja, że oto nagle prokuratura gdańska mówi, że tego wątku nie robią. Później dowiadujemy się od kogoś, że jest robione, spokojnie, tylko, że robi to ABW w Warszawie - powiedział Latkowski.

 

"My wprost mówiliśmy, że to jest nienormalna sytuacja"

 

Latkowski powiedział, że wraz z innym dziennikarzem "Wprost" Michałem Majewskim apelowali o przeniesienie śledztwa dotyczącego Amber Gold z Trójmiasta.

 

- Wykazywaliśmy, że prokurator Różycki (Dariusz, wówczas szef prokurator Prokuratury Okręgowej w Gdańsku) nie jest osobą, która może nadzorować takie śledztwo, bo sam ma niewyjaśnioną sprawę BMW, w pewien sposób funkcjonuje, gdzie się krzyżuje z pewnym światem, np. umawia się w hotelu na imprezy, na których jedna z osób jest rozpracowywana w sprawach narkotyków (...) - mówił dziennikarz.

 

- My wprost mówiliśmy, że to jest nienormalna sytuacja, nienaturalna sytuacja - dodał.

 

"Wprost nam mówili śledczy, że śledztwo zostało schrzanione"

 

Szefowa komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała czy dziennikarze "Wprost" badali dlaczego sprawa Amber Gold była w ten sposób prowadzona. - Wprost nam mówili śledczy i osoby w prokuraturze, że śledztwo było prowadzone od 2009 r. ale zostało schrzanione - odpowiedział.

 

Sprawą dot. Amber Gold - po zawiadomieniu złożonym przez Komisję Nadzoru Finansowego, że spółka ta prowadzi działalność bankową bez stosowanego zezwolenia - zajmował się od końca 2009 r. Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Wrzeszcz. W czerwcu 2012 r. postępowanie ws. Amber Gold zostało przejęte przez gdańską prokuraturę okręgową. Ta prokuratura postawiła w sierpniu 2012 r. szefowi spółki Marcinowi P. pierwszy zarzut. Jesienią 2012 r. śledztwo przeniesiono do Prokuratury Okręgowej w Łodzi, która w czerwcu 2015 r. sporządziła akt oskarżenia ws. Amber Gold.

 

"To jest człowiek, który obraca niebotycznymi pieniędzmi"

 

Latkowski kontynuował też wątek gdańskiego biznesmena Mariusa Olecha. Jak wskazał, z pozyskanych informacji wynika, że Olech miał tendencję do tego, by robić różne interesy poprzez "podstawione osoby". - Metodą funkcjonowania Olecha, według naszych źródeł, to były właśnie słupy. To nam nawet pasowało do wersji Amber Gold. To jest człowiek, który obraca niebotycznymi pieniędzmi, który potrafi przepuścić potężne pieniądze - powiedział.

 

Mówił też o kwestii obsługi prawnej szefów Amber Gold, małżeństwa Marcina i Katarzyny P. oraz Olecha. - Gdy przygotowywałem się do tej komisji przypomniałem sobie, że Marcin P. i Katarzyna P. pytani (podczas spotkania z Latkowskim i Majewskim w sierpniu 2012 r. - red.) kto ich obsługuje prawnie, wymienili Łukasza Daszutę i kancelarię Glanc. Tak wymienili - mówił.

 

- Jakbyście państwo sprawdzili kto kogo reprezentuje: Katarzynę P., Marcina P., Mariusa Olecha, to np. prawnik, który dwa lata temu był związany partnersko z kancelarią Glanc. Taka jakaś zbieżność, na ilość kancelarii tam, że w pomocy prawnej korzysta się z tej samej kancelarii - stwierdził.

 

"Ja nazywam Trójmiasto małą Sycylią"

 

Latkowski mówił też, że według jego źródeł, u Olecha często pojawiali się politycy. W tym kontekście wymienił m.in. prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. - Oni byli z resztą w bliskich relacjach. Te relacje przestały być bliskie, kiedy wybuchła sprawa Amber Gold, to o tyle ciekawe - powiedział Latkowski.

 

Jak mówił Sopot to małe miasto. - To, że się ludzie znają, ocierają, wynika z tego, że na wielu imprezach oni się wszyscy spotykają. Taka jest prawda, że tam gangsterzy, biznesmeni, politycy się ocierają - mówił.

 

- Ja nazywam Trójmiasto »małą Sycylią«, tam się zatarły granice, że z kimś się nie bywa, z kimś się nie powinno bywać. Tam po prostu tak jest - dodał świadek.

 

Kłopoty linii Olt Express, upadek Amber Gold 

 

Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji.

 

W połowie 2011 r. spółka przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express, pod którą działały linie OLT Express Regional (z siedzibą w Gdańsku, wykonujące rejsowe połączenia krajowe) oraz OLT Express Poland (z siedzibą w Warszawie, które wykonywały czarterowe przewozy międzynarodowe). Linie OLT Express rozpoczęły działalność 1 kwietnia 2012 r.

 

Głośno o sytuacji spółki Amber Gold zrobiło się w lipcu 2012 r., kiedy linie OLT Express zaczęły mieć kłopoty finansowe - zawieszono wówczas wszystkie rejsy regularne przewoźnika, a następnie firma poinformowała, że wycofuje się z inwestycji w linie lotnicze. Linie OLT Express upadłość ogłosiły pod koniec lipca 2012 r.

 

Z kolei Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r., a tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich. Według ustaleń, w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. swoich klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

 

Ponadto z materiału zebranego do tej pory przez Prokuraturę Regionalną w Łodzi, która bada, gdzie trafiły pieniądze wyprowadzone z Amber Gold, wynika m.in., że od 15 grudnia 2011 r. do 30 sierpnia 2012 r. na rzecz OLT Express przelano z kont Amber Gold 5 mln 800 tys. dolarów i 43 mln 600 tys. zł. Jak ustalono, mimo tego OLT Express nie realizowała swoich zobowiązań finansowych wynikających choćby z konieczności uregulowania rat leasingowych za samoloty.

 

PAP

dk/ml/prz/paw/
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie