"Interwencja": Nie płacą za pracę w Niemczech. Przybywa poszkodowanych

Polska
Interwwencja
Do redakcji "Interwencji" zgłosiły się osoby, które twierdzą, że nie dostały pieniędzy za pracę w Niemczech

Ukrainiec, który godzinami protestował przed prywatną agencją pracy w Dębnie, dostał zaległe wynagrodzenie za pracę w Niemczech. Po ostatnim reportażu zgłosiły się jednak kolejne poszkodowane osoby. Do sprawy w obronie pracowników włączył się też związek zawodowy, którego przewodniczący nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z "kradzieżą pensji". Materiał "Interwencji".

We wrześniu "Interwencja" pokazała historie kilku osób twierdzących, że są poszkodowane przez prywatną agencję pośrednictwa pracy z Dębna w woj. zachodniopomorskim. Pan Władimir przez agencję znalazł pracę w Niemczech. I mimo że niemiecki pracodawca wypłacił pieniądze pośrednikowi, to mężczyzna nie dostał pensji za dwa miesiące.

 

Protest przed budynkiem agencji

- Protestuję, bo pracowałem w firmie Euro-Kontrakt przez dwa miesiące i pięć dni. Za pięć dni zapłacili, a za dwa miesiące nie zobaczyłem pieniędzy. Zalegają mi trzy tysiące euro - opowiadał wówczas "Interwencji" Władimir Korniietes.

 

- Ten pan nigdy nie był zatrudniony w mojej firmie – zaprzeczała szefowa agencji. 

 

Pan Władimir przez kilkanaście dni po kilka godzin protestował przed budynkiem agencji. Na miejscu reporterzy "Interwencji" spotkali kolejne osoby twierdzące, że zostały poszkodowane przez agencję pracy.

 

ZOBACZ: "Interwencja": codziennie stoi przed agencją pracy. Twierdzi, że go oszukano

 

- W Niemczech byłem wpisywany na różne prace: przy dojeniu krów, przy szparagach. Ta pani nie wypłaciła mi poborów za cztery miesiące około dziesięciu tysięcy złotych - stwierdził Mirosław Kościelski.

 

Z kolei Annie Świeckiej udało się wymienić kilka zdań z szefową agencji:

 

Renata G.: Papiery są złożone w sądzie, pani doskonale wie.

 

Pani Anna: A pani na mnie ochronę nasłała, bo przyszłam po moje pieniądze, kiedy ma pani ze mną zamiar się rozliczyć?

 

Renata G.: W sądzie jest sprawa.

 

Pani Anna: A pani nie stawia się na sprawie.

 

Renata G.: Pani kłamie, to pani oszukała naszą firmę.

 

Pani Anna: To pani mnie oszukała i okradła.

 

Reporter: Ta pani jest winna pani pieniądze?

 

Pani Anna: Oczywiście, za pracę w Niemczech - 500 euro.

 

Właścicielka agencji pośrednictwa pracy informowała, że Ukrainiec nie ma nic wspólnego z jej firmą. Jednak kilka dni po reportażu "Interwencji", w siedzibie jej firmy była obecna przy wypłacie mężczyźnie zaległego wynagrodzenia.

 

- Dzięki pana reportażowi Władimir odzyskał pieniądze, gdyby nie państwo, toby się to nie udało – komentuje Anna Świecka.

 

Pani Anna przerwała pracę w Niemczech i z sześcioma innymi osobami wróciła do kraju. Dlaczego? Bo pracujący w gospodarstwie Polacy nie dostali od agencji pracy wypłaty i nie mieli pieniędzy na przeżycie. 

 

- Gdy ukazał się materiał w telewizji, dostałam wezwanie do zapłaty kary - 10 tysięcy złotych za to, że mówiłam prawdę. To taki skutek, żeby zamknąć mi usta. Byłam u neurolog. Mam porażenie nerwu, niedowład prawej dłoni na tle nerwowym. Za bardzo przejęłam się pismem – opowiada.

 

Kolejni poszkodowani

Po reportażu w redakcji "Interwencji" rozdzwoniły się telefony od innych osób. Robert Gumbis z okolic Kostrzyna nad Odrą jest rolnikiem. Przez agencję pośrednictwa znalazł pracę na farmie w Niemczech. Niemiecki kontrahent wypłacił na konto agencji pieniądze za pracę mężczyzny. 

 

- Czuję się osobą poszkodowaną przez z firmę Renata, to poprzednia nazwa obecnej firmy Euro-Kontrakt. Podczas podpisywania umowy była mowa, że po miesiącu dostanę podwyżkę, jeśli pracodawca będzie zadowolony. Nie dostałem podwyżki, złożyłem wypowiedzenie  – mówi Robert Gubis.

 

- To jest notoryczne, a wręcz bym zaryzykował stwierdzenie, że to model biznesowy tej firmy. W tej chwili mam wiedzę o szesnastu osobach w takiej sytuacji. Te osoby jeżdżą na kilka miesięcy i nie dostają wynagrodzenia za miesiąc lub dwa – twierdzi Ignacy Jóźwiak z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

 

- W umowie jest, że mogę złożyć takie wypowiedzenie i twa ono trzy miesiące. Pracowałem cztery miesiące, dochowałem terminu wypowiedzenia, nie zapłacono mi. Kiedy poszedłem po ostatnią wypłatę, powiedziano mi, że ostatnia nie zostanie wypłacona. Po dwóch latach dostałem wezwanie do sądu, firma żąda ode mnie 30 tysięcy za wypowiedzenie – opowiada Robert Gumbis.

 

Wśród poszkodowanych są również mężowie pani Moniki i pani Agnieszki.


- Mąż pracował u tej pani trzy miesiące, pani nie wypłaciła wynagrodzenia. Ona była pośrednikiem i wysłała go do kontrahenta do Niemiec. Sprawa jest przed sądem, czekamy na rozstrzygnięcie – relacjonuje Monika Jachimowicz.

 

- Mąż nie dostał pieniędzy na konto. Wypowiedział umowę. Zrezygnował z pracy, to napisała, żeby karę zapłacić 20 tys. zł. Przegrała w sądzie, że nie musimy płacić pieniędzy. Musi zapłacić mężowi, co zapracował: 8 tysięcy zł – twierdzi Agnieszka Sonar.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Szokujący błąd. Gdy idzie do kuchni, wkracza na… teren sąsiada

 

Pani Natalia jest Ukrainką. Od kwietnia, przez pięć miesięcy pracowała w Niemczech. Także w jej przypadku agencja zalega z wypłatą wynagrodzenia. W październiku skończyła jej się wiza. Kobieta nie ma pieniędzy, żeby wrócić do dzieci w Charkowie. 

 

- Pracowałam na farmie, doiłam krowy. Miesiąc też pracowałam w hotelu, gdzie sprzątałam. Nie zapłacili za dwa miesiące, to około 4 tysiące euro – zaznacza.

 

Razem z nią reporterzy "Interwencji" pojechali do siedziby agencji pracy w Dębnie, aby poprosić o komentarz. Drzwi zastali zamknięte, mimo że w środku byli pracownicy.

 

- Działania tej firmy z całą pewnością są nie zgodnie z prawem, z dobrymi obyczajami na rynku pracy. To kradzież pensji. Ta firma krzywdzi ludzi, żerując na ich naiwności, nieznajomości przepisów - uważa Ignacy Jóźwiak  z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

pgo/Interwencja

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!