170 tys. zł dla asystentki ministra. "To nie są moi pracownicy"
- Asystenci społeczni to nie są moi pracownicy - przekonywał Tomasz Siemoniak w środowym "Graffiti", komentując doniesienia o otrzymaniu przez przewodniczącą nyskiej rady miasta Jolantę Trytko-Warczak ponad 170 tys. zł na remont swojego salonu kosmetycznego po powodzi. Minister poinformował też, że całkowicie zrezygnował z asystentów społecznych.

Ponad 171 tys. zł - tyle środków z funduszu powodziowego miała otrzymać na remont salonu kosmetycznego firma Veneto prowadzona przez asystentkę społeczną Tomasza Siemoniaka, Jolantę Trytko-Warczak. Nyskie media wskazują, że gabinet nie funkcjonował jedynie dwa dni i ucierpiał w niewielkim stopniu.
- Wyjaśniła sprawę? - pytał swojego gościa prowadzący środowe wydanie "Graffiti" Paweł Balinowski.
Tomasz Siemoniak: Zrezygnowałem z asystentów społecznych
- Nie wiem wszystkiego, nie zajmowałem się tym. Asystenci społeczni to nie są moi pracownicy. Ja zresztą - ponieważ taka sytuacja się pojawiła dwuznaczna wokół słowa "asystent społeczny", postanowiłem zrezygnować w ogóle z asystentów społecznych, bo inne osoby, niemające nic wspólnego z żadnymi powodziami, biznesami itd. też tutaj podlegały jakimś atakom - poinformował Tomasz Siemoniak.
Minister koordynator służb specjalnych przekonywał, że Powiatowy Urząd Pracy "to zbadał i uznał, że sprawa jest w porządku, zgodna z przepisami". Wskazał jednocześnie, że jeśli władze partii chcą dokładniejszych wyjaśnień, to powinny je otrzymać. - Jeśli dotyczy to Koalicji Obywatelskiej, to władze Koalicji mają prawo tę poprzeczkę stawiać jeszcze wyżej - mówił.
ZOBACZ: Afera powodziowa w KO. Donald Tusk zabrał głos
Siemoniak zaznaczył, że jest w kontakcie z szefem regionalnym KO Robertem Węgrzynem i "zachęca go", żeby wyjaśnić sprawę Trytko-Warczak.
WIDEO: 170 tys. zł dla asystentki ministra. "To nie są moi pracownicy"

"Ucieka pod kontrolę Putina". Siemoniak o rzekomym miejscu pobytu Romanowskiego
Minister koordynator służb specjalnych pytany był również o sprawę Marcina Romanowskiego, który - według zapewnień rządu - przebywa najpewniej w kontrolowanym przez Rosjan Naddniestrzu. Zasugerował, że sprowadzenie posła PiS do Polski nie będzie najłatwiejszym zadaniem.
- Trzeba pamiętać, że Naddniestrze to jest teren pod kontrolą Rosji, rosyjskich służb. Teren, gdzie standardy europejskiej praworządności, nakazy aresztowania, inne dokumenty, w praktyce nie obowiązują - mówił, dodając, że prokuratura i policja stworzą "jakiś scenariusz" powrotu Romanowskiego do kraju.
ZOBACZ: Afera z milionami dla powodzian. Polityk KO zawieszona
Prowadzący pytał Siemoniaka o potencjalne zagrożenie, jakie stanowić może znajdujący się na terytorium zarządzanym w praktyce przez Moskwę poseł mogący posiadać "informacje cenne dla rosyjskich służb". - Ja nie chcę spekulować. Na pewno służby rosyjskie odnotowały taki fakt. Skoro tam rządzą, no to wiedzą - odpowiadał minister.
Stwierdził też, że jeśli Romanowski faktycznie znajduje się w Naddniestrzu, stanowi to kompromitację nie tylko dla niego, ale i dla Prawa i Sprawiedliwości. - Nikomu się w głowie nie mieści, że były wiceminister rządu PiS ucieka do Naddniestrza pod kontrolę Putina - powiedział.
Czytaj więcej