Otruł siebie i syna. W toalecie sali zabaw, podczas wyznaczonego przez sąd spotkania

Polska

Do wstrząsających zdarzeń doszło w niedzielę około godz. 17 w sali zabaw na warszawskim Bemowie. Jak ustaliliśmy, 35-letni ojciec udał się z 4,5-rocznym synem Arturem do toalety, gdzie miał podać dziecku i sam zażyć nieokreśloną jeszcze substancję chemiczną, po której obaj stracili przytomność. Niestety, nie udało się ich uratować.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że sąd na niedzielę wyznaczył mężczyźnie termin kilkugodzinnego spotkania z dwojgiem swoich dzieci, które na co dzień znajdują się pod opieką matki. Oprócz syna, z ojcem przebywała również 6-letnia córka Kornelia. 

 

- 35-latek zabrał dzieci do sali zabaw. W pewnym momencie, podczas wizyty w parku rozrywki, ojciec poprosił o to, by móc skorzystać z toalety. Mieli tam spędzić kilka minut i to tam miała rozegrać się tragedia - informuje reporter Polsat News Łukasz Dubaniewicz. 

 

- W tle natomiast bardzo skomplikowana historia rodzinna - konflikt matki i ojca. Wszystko to ma być wyjaśniane przez organy ścigania - dodał Dubaniewicz.

 

Spotkanie ojca z synem odbywało się w towarzystwie kuratora sądowego, który jest równocześnie policjantem. To on w łazience znalazł nieprzytomne dziecko na podłodze, a po wyważeniu drzwi do kabiny - odnalazł również nieprzytomnego ojca.

 

Natychmiast podjął próbę reanimacji. - Początkowo, w przypadku dziecka, okazała się ona skuteczna, natomiast ojciec już wtedy nie dawał oznak życia. Na miejsce wezwano karetkę pogotowia, która zabrała chłopca do szpitala. Niestety życia dziecka nie udało się uratować - mówił reporter Polsat News. 

 

- Przyjechał w stanie bardzo ciężkim i niestety pomimo wysiłków wspaniałego zespołu lekarzy w Oddziale Intensywnej Terapii nie udało się pacjenta uratować - powiedział dyrektor szpitala pediatrycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

 

6-letniej Kornelii, która także była z ojcem w sali zabaw, nic się nie stało.

 

 

Trzy wątki śledztwa

 

Prokuratorzy przeprowadzili oględziny miejsca zdarzenia i zabezpieczyli monitoring. Przesłuchano też pierwszych świadków - w tym kuratora.

 

Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa Warszawa-Wola. Zbadane maja zostać co najmniej trzy wątki. Pierwszy to zabójstwo 4,5-letniego chłopca, czyli art. 148 p. 1 kodeksu karnego. Drugi to art. 151 kodeksu karnego, czyli "kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5". Trzeci to przestępstwo z artykułu 231 p. 1 kodeksu karnego, czyli niedopełnienia obowiązków przez kuratora.

 

Zostało także wydane postanowienie o przeprowadzeniu sekcji zwłok mężczyzny i chłopca, jej termin nie został jeszcze ustalony. Prokuratura zleci też badania toksykologiczne.

 

Czynności w związku z działaniem kuratora prowadzi też Wydział Kontroli Komendy Stołecznej Policji.

 

- W tym przypadku, z uwagi na fakt, że kuratorem był policjant, trwają czynności wyjaśniające. Wstępne ustalenia wskazują na bardzo szybką i zdecydowaną reakcję funkcjonariusza w sytuacji, która niestety zakończyła się tragicznie - powiedział kom. Sylwester Marczak z Komendy Stołecznej Policji

 

Z nieoficjalnych  informacji wynika, że mężczyzna był rozwiedziony z matką swoich dzieci. Opiekę kuratora podczas spotkań z córką i synem miał mieć przyznaną w związku z incydentami, które zgłaszała wcześniej matka.

 

 

 

msl/hlk/ml/prz/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze