Obronił mieszkanie, ale syndyk znalazła sposób, by płacił

Polska

Stefan Pachulczak i jego niepełnosprawny syn uniknęli eksmisji z kupionego wcześniej mieszkania. Groziła im utrata lokalu, bo przed podpisaniem aktu przeniesienia prawa własności, deweloper upadł. Do akcji wkroczyła wówczas syndyk Monika B. Kiedy panu Stefanowi udało się wygrać z nią w sądzie i obronić mieszkanie, ta wniosła o zapłatę niemal 50 tys. zł za... bezumowne korzystanie z lokalu.

Dramat mężczyzny i jego niepełnosprawnego 26-letniego syna Mariusza z zespołem Downa rozpoczyna się w 2011 roku. Wtedy za oszczędności życia pan Stefan kupił niewielkie mieszkanie w Świnoujściu. Wcześniej mieszkał w Knurowie na Śląsku.

- Po prostu lekarz zalecił mi, żebym bardzo często przebywał nad morzem. Dwutygodniowe pobyty nie dają nic, więc zdecydowałem, żeby zainwestować, żeby było jakieś zabezpieczenie po mojej śmierci  - mówił Stefan Pachulczak, gdy pierwszy raz opowiadaliśmy o jego problemie.

 

"To jest zachowanie nieetyczne"

 

Pan Stefan w ramach przedwstępnej umowy sprzedaży zapłacił za mieszkanie 198 tys. zł - ok. 98 proc. całej kwoty. Potem odebrał klucze, jednak nie zdążył podpisać umowy przeniesienia praw własności do lokalu. Firma budująca blok ogłosiła upadłość. Sprawę przejęła syndyk, która chciała przejąć mieszkanie pana Stefana. Mężczyźnie i jego synowi groziła eksmisja na bruk.

- Jest umowa aktu przedwstępnego, który pozwala mi mieszkać tutaj i się zameldować, ale syndyk nie chce jej respektować  - opowiada pan Stefan.

Po nagłośnieniu sprawy przez media sąd wstrzymał eksmisję.  Co więcej, w kwietniu tego roku pan Stefan doprowadził przed sądem do zalegalizowania swoich praw do mieszkania. Syndyk musiała podpisać z nim akt notarialny.

- Ten akt notarialny to bardzo ważny dokument, bo on dawał mi namiastkę, że to będzie moje - tłumaczy pan Stefan.

Jednak koszmar się nie skończył, bo syndyk domaga się niemal 50 tysięcy złotych za bezumowne korzystanie z lokalu. Chodzi o niemal cztery lata od upadku dewelopera do podpisania aktu notarialnego. Syndyk, której biuro mieści się w Szczecinie, miesięczne opłaty za lokal ustaliła na 1400 złotych!

- Przyjęta kwota czynszu jest naszym zdaniem wygórowana i nieadekwatna do stawek rynkowych.  W naszej ocenie to jest zachowanie nieetyczne - ocenia Paweł Woronowicz,  pełnomocnik Stefana Pachulczaka.

 

"Nie chcemy, żeby pan Stefan oddał pieniądze"


- Z zasady nie udzielam żadnych komentarzy dla mediów. Proszę już nie dzwonić więcej, naprawdę nie muszę się z tego tłumaczyć przed panią - mówi syndyk Monika B.

- Żądanie jest 30,8 tysięcy zł, do tego dochodzą kwestie odsetkowe. Sąd będzie oceniał, czy to się należy, czy jest niezasadne - informuje Tomasz Szaj, rzecznik Sądu Okręgowego w Szczecinie.

Ratunkiem dla pana Stefana i jego ciężko chorego syna może być Rada Wierzycieli, czyli zebranie osób i podmiotów, które mają roszczenia wobec spółki budującej blok. To ich interesy zgodnie z prawem reprezentuje syndyk. I to w ich imieniu domaga się pieniędzy od pana Stefana.

- Nie chcemy, żeby pan Stefan oddał pieniądze. Nie można oddawać pieniędzy w momencie, kiedy się nie jest winnym - mówi Henryk Wojtynowski, wierzyciel spółki, która wybudowała blok.

Na posiedzeniu zwołanym na wniosek jednego z wierzycieli - ale nie pani syndyk - większość członków rady zrzekła się roszczenia. Teraz wszystko w rękach sądu.

- To duży krok, ale o pełnym sukcesie będziemy mogli mówić tak naprawdę w momencie zatwierdzenia przez sędziego komisarza tej uchwały i po umorzeniu postępowania przed Sądem Rejonowym w Świnoujściu - zaznacza pełnomocnik Stefana Pachulczaka.

 

dk/   Interwencja

dk/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze