Lekarze wycięli jej macicę. Po 3 miesiącach usłyszała, że nie było to konieczne

Polska

Anna Konieczna krótko po porodzie dwukrotnie trafiała do szpitala we Włoszczowie z krwotokiem. Za drugim razem po wybudzeniu z narkozy usłyszała, że lekarze wycięli jej macicę. Trzy miesiące później do jej rodziców zgłosił się ginekolog, który uczestniczył w operacji. Wyznał, że ich córkę "zniszczono", że tak inwazyjny zabieg nie był konieczny. Jego słowa rodzina pani Anny nagrała dyktafonem.

Chwile szczęścia, kiedy 28-letnia Anna Konieczna z miejscowości Bukowa w województwie świętokrzyskim patrzy na swojego 3-letniego syna wciąż przeplatają się z bolesnymi wspomnieniami. Tego co wydarzyło się w szpitalu we Włoszczowie, w którym rodziła swoje pierwsze dziecko, nie zapomni do końca życia.

 

- Ciąża przebiegała prawidłowo. Do ostatniego dnia było super. Lekarz prowadzący nie przewidywał żadnych komplikacji – mówi reporterce Interwencji pani Barbara, matka pani Anny.

 

- Doktor wyliczył, że poród nastąpi 15 lipca. W nocy ostatniego czerwca obudziłam się, zaczęły odchodzić wody płodowe. Tata zadzwonił po karetkę. Zawieźli mnie do szpitala - opowiada pani Anna.

 

"Nie mogli dać rady z krwotokiem"

 

Rodzice odwiedzili ją rano. Jak wspomina pani Barbara, córka odczuwała ogromny ból. - Nie wiedziała, co robić ze sobą. I klęczała, i płakała, i o litość prosiła. Jako matka nie mogłam tego przeżyć. Koło południa poszłam do doktora O. Prosiłam o pomoc. Kiedy odszedł z dyżuru, przyjechał z Kielc doktor B. Jak wszedł na ten oddział porodowy, to natychmiast skierował ją na blok operacyjny, bo już chyba widział, co się dzieje - mówi pani Barbara.

 

Dziecko przyszło na świat przez cesarskie cięcie. Rodzice pani Anny wciąż czekali na informację, co z ich córką.

 

- No i mija godzina, dłużej, pielęgniarki latają, przewieźli już Anię na salę, ale nam nie wolno było wejść. Pielęgniarki biegały przez cały oddział porodowy, noworodkowy. Słyszeliśmy z korytarza, że pytano, czy karetka z Kielc już wyleciała z krwią. Nie wiedzieliśmy, co tam się dzieje. Dopiero po godz. 17 lekarz powiedział, że jest już wszystko w porządku, ale nie mogli dać rady z krwotokiem - wspominają rodzice pani Anny.

 

Pięć dni po cesarskim cięciu pani Anna wraz synem została wypisana ze szpitala w stanie dobrym. Zamieszkała u rodziców, bo jej związek z ojcem dziecka rozpadł się jeszcze w trakcie ciąży. W domu rodzinnym została otoczona troskliwą opieką. Jednak szczęście rodziny nie trwało długo. Po kilku dniach pani Anna dostała krwotoku.

 

"Po wszystkim obudziłam się na jakiejś różowej sali, usłyszałam, że już jest po wszystkim"

 

Karetką pogotowia została przewieziona do szpitala we Włoszczowie. W szpitalu spędziła kilka dni i wróciła do domu. Po dwóch dniach nastąpił kolejny krwotok. Pani Anna ponownie trafiła do szpitala.

 

- Zabrali mnie na zabiegówkę i uśpili. Po wszystkim obudziłam się na jakiejś różowej sali. Pielęgniarka albo położna tylko mi powiedziała, że już jest po wszystkim, że nie będę miała już więcej dzieci, ani okresu - opowiada pani Anna.

 

Jej rodzina zażądała wyjaśnień ws. usunięcia macicy. Szpital wyjaśnił, że przeprowadzona kontrola w oddziale ginekologicznym nie wykazała żadnych zaniedbań ze strony lekarzy.

 

"Powiedział, że go sumienie gryzie"

 

Rodzina przeżyła szok kiedy 3 miesiące później zadzwonił do ojca pani Anny - Ryszarda lekarz ginekolog, który brał udział w operacji usunięcia macicy i poprosił o spotkanie w mieszkaniu prywatnym. Rodzice pani Anny poszli na to spotkanie z włączonym dyktafonem.

 

- Powiedział, że go sumienie gryzie, że nie mógł wytrzymać, bo ma córkę w tym samym wieku. Wyznał, że zniszczyli mi córkę - relacjonuje spotkanie pan Ryszard.

 

"Gdyby R. przyjechał szybciej, to on by tej macicy nie usunął"

 

To zapis słów ginekologa:

 

"Ja chcę, po prostu, wam pomóc, bo mi to też w jakiś sposób… Ś. (pada nazwisko lekarza operującego - red.) niepotrzebnie tę macicę zaczął usuwać. Bo jak przyjechał R. (inny lekarz, który został wezwany do operacji ze szpitala w Kielcach - red.), zrobiłby swoje i byłoby dobrze wszystko. Ale ta macica była już prawie odcięta. A tu można było tylko (niezrozumiałe - red.) tę szyjkę, która była urwana i doszyć ją tylko od strony brzucha. A Ś. tego nie umie zrobić, rozumiecie? Bo ja to umiem robić, ja się nie chwalę. Ja to robiłem, no nie".

 

- Po prostu pani redaktor, jak on nam to opowiedział, to włos na głowie się zjeżył i człowiek nie wiedział, co ma powiedzieć - komentuje pani Barbara.

 

To dalszy zapis słów ginekologa:

 

"Powiedziałem wprost, mówię że jak roz… szyjka, no to się z szyjki leje. No, z czego się może lać? Jak macica obkurczona jak pięść, prawidłowo wszystko, bo przecież tam chyba nie było żadnych zastrzeżeń, prawda. Macica została obcięta niepotrzebnie, jeszcze raz mówię, bo gdyby ten R. przyjechał szybciej, to on by tej macicy nie usunął."

 

Śledztwo przedwcześnie umorzone

 

Rodzina na początku 2016 roku złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Kiecach. Ku jej ogromnemu zdziwieniu śledczy sprawę umorzyli. Adwokat rodziny złożył zażalenie na to umorzenie do Sądu Rejonowego we Włoszczowie.

 

- Sad uchylił postanowienie o umorzeniu. Uchylił je z dość mocnym uzasadnieniem wykazując perfekcyjnie, co prokuratura powinna zrobić. Nazwał to umorzenie co najmniej przedwczesnym, a jednocześnie w ślad za moimi zarzutami wykazał, że właściwie prawie nic w tym śledztwie nie zostało wyjaśnione, nie zostało zrobione - tłumaczy Edward Rzepka, adwokat rodziny.

 

- Zdaniem sądu przesłuchanie świadka, lekarza o którym mówimy, było zbyt lakoniczne. Przede wszystkim nie pogłębiono jego zeznań w zakresie prywatnej rozmowy, w której lekarz wskazywał na błędy personelu medycznego. Poza tym, zdaniem sądu opinia biegłego lekarza sporządzona na użytek postępowania jest zbyt lakoniczna - mówi Jan Klocek, rzecznik Sądu Okręgowego w Kielcach.

 

"Chcę usłyszeć prawdę"

 

- Oczywiście czynności w chwili obecnej wykonujemy. Zmierzają one do uszczegółowienia relacji tego świadka, który wskazuje na zaistnienie błędów. Postępowanie prowadzone jest w sprawie. Nikomu w tym postępowaniu nie przedstawiono zarzutów - informuje Daniel Prokopowicz,  rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kiecach.

 

- Walczę o prawdę, chce ją usłyszeć. Nie chcę, żeby ktoś zrobił z innymi dziewczynami to, co ze mną - podsumowuje pani Anna.

 

Interwencja

ml/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze