Zatrzymany przez CBA biznesmen Edward S., podejrzany o uwiarygadnianie możliwości grupy powołującej się na wpływy m.in. przy tworzeniu Centralnego Portu Komunikacyjnego, trafi na trzy miesiące do aresztu, chyba że wpłaci 150 tys. zł kaucji - dowiedziała się PAP w prokuraturze, która nie zgadza się z tą decyzją sądu.

 

O decyzji warszawskiego sądu, który rozpatrywał wniosek prokuratury o trzymiesięczny areszt wobec Edwarda S., poinformował PAP rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie Łukasz Łapczyński. Zaznaczył, że prokuratura wniesie odwołanie od tej decyzji sądu, tak by S. nie wyszedł na wolność.

 

Prokuratura nie zgadza się z decyzją sądu w części dotyczącej możliwości opuszczenia aresztu po wpłaceniu poręczenia majątkowego. Jeszcze w czwartek skierujemy zażalenie wraz z wnioskiem o wstrzymanie wykonania tego postanowienia sądu, w razie wpłaty kaucji. Tylko areszt - zdaniem prokuratorów - jest w stanie zabezpieczyć prawidłowy tok postępowania - powiedział rzecznik Łapczyński.

 

W czwartek rano Piotr Kaczorek z wydziału komunikacji społecznej Biura potwierdził, że agenci łódzkiej delegatury CBA zatrzymali kolejną osobę z grupy zaangażowanej w płatną protekcję. Przypomniał, że wcześniej w tej sprawie, prowadzonej przez CBA pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie, zatrzymano pięć osób.

 

Agenci przeszukali zajmowane przez zatrzymanego biznesmena pomieszczenia mieszkalne w zabytkowym pałacu pod Grójcem - podał.

 

Prok. Łapczyński wskazał, że zarzuty postawiono Edwardowi S., który nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i złożył wyjaśnienia. Według nieoficjalnych informacji PAP chodzi o przyjaciela celebrytów, wskazywanego też przez media jako partnera jednej z piosenkarek.

 

Milionowe łapówki

 

Według śledczych S. miał uwiarygadniać działania grupy, która w zamian za 6 mln zł łapówki miała powoływać się na wpływy - oferować płatną protekcję wśród parlamentarzystów, osób pełniących funkcje w urzędach centralnych - ministerstwach, Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz wśród osób pełniących funkcje publiczne w samorządach i urzędach m.in. Urzędzie Miasta Szydłowca i Starostwie Szydłowieckim.

 

Za taką łapówkę członkowie grupy oferowali załatwienie koncesji, zezwolenia na eksploatację i odrolnienie 50 ha terenu między Radomiem a Kielcami oraz rządowe kontrakty na odbiór kruszywa z górniczej odkrywki z przeznaczeniem na budowę m.in. Centralnego Portu Komunikacyjnego i autostrad.

 

Cała akcja powoływania się na wpływy była odpowiednio "opakowana" i uprawdopodobniana m.in. spotkaniami w instytucjach państwowych, biurach parlamentarzystów czy budynkach sejmowych. "Odbywały się one m.in. w restauracji sejmowej, ale bez udziału posłów” - wyjaśnił Kaczorek w rozmowie z PAP. W tej części przestępczych działań miał brać udział zatrzymany - dodał.

Kaczorek przypomniał, że dla zaistnienia przestępstwa płatnej protekcji nie potrzebne są rzeczywiste wpływy w instytucjach - wystarczy, że ktoś na takie wpływy się powołuje lub utwierdza w ich istnieniu. Zaznaczył, że z ustaleń śledztwa wynika, iż w tym przypadku nie były to faktyczne wpływy.

 

Wśród wcześniej zatrzymanych byli m.in. biznesmen z Krakowa, pochodzący z Szydłowca właściciel gruntów, dwóch łódzkich biznesmenów i obcokrajowiec. Zatrzymano ich w akcji specjalnej Biura w jednej z restauracji w podłódzkim Rzgowie, gdy omawiano szczegóły aktu notarialnego stanowiącego podstawowy element całej ustawionej gry. Czwórkę z nich sąd aresztował.

 

Gwarantowali szybki zwrot inwestycji

 

Z ustaleń CBA wynika, że zatrzymani gwarantowali szybki zwrot inwestycji - inwestor miał nabyć za zawyżoną cenę 32 mln zł kamieniołom i tereny przyległe o charakterze rekreacyjnym. Oprócz pieniędzy z wydobycia i sprzedaży państwowym kontraktorom surowców budowlanych, zyski miał przynosić wybudowany od podstaw ośrodek SPA - termy i rehabilitacja. Grupa miała deklarować pozyskanie dla planowanej inwestycji od 100 do 300 mln zł dotacji.

 

Za zyskowne inwestycje, załatwienie spraw urzędowych i pozwoleń m.in. na geotermię członkowie grupy chcieli dla siebie korzyści majątkowych i osobistych - m.in. udziałów w wartej kilkadziesiąt milionów zł spółce obsługującej przyszły kurort SPA oraz stanowisk menadżerskich w tym przedsięwzięciu.

 

Kaczorek przypomniał, że dla zaistnienia przestępstwa płatnej protekcji nie potrzebne są rzeczywiste wpływy w instytucjach - wystarczy, że ktoś na takie wpływy się powołuje lub utwierdza w ich istnieniu. Zaznaczył, że z ustaleń śledztwa wynika, iż w tym przypadku nie były to faktyczne wpływy.

 

PAP