Jak zdecydował sąd, w ramach kary ograniczenia wolności oskarżona ma wykonywać miesięcznie 30 godzin prac społecznych. Sąd orzekł także wobec Danuty Sz. trzyletni zakaz prowadzenia hodowli psów oraz zapłatę w ramach zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonej dziewczynki 500 tys. zł, a także 15 tys. zł dla mężczyzny, który uratował dziecko przed rozszarpaniem przez psy.

 

Wyrok nie jest prawomocny.

 

Obrońca oskarżonej Czesław Pastwa zapowiedział apelację.

 

"Oskarżona nie zachowała ostrożności"

 

W uzasadnieniu wyrok sądu podkreślił, że oskarżona nie dopełniła obowiązku, aby psy będące na spacerze miały kagańce lub smycze. - To świadczy o tym, że miłość do psów, tak akcentowana przez oskarżoną, przysłoniła jej obiektywizm całej sytuacji. Oskarżona uważała, że "moje psy są tak kochane, że nie mogą zrobić nikomu krzywdy" - powiedział sędzia Rafał Gorgolewski.

 

Dodał, że furtka, przez którą wybiegły psy, zacinała się już od kilku miesięcy i Danuta Sz. z powodu swojego niedbalstwa doprowadziła nieumyślnie do zdarzenia.

 

- Wystarczyło, żeby oskarżona wypuszczając psy na podwórko sprawdziła, czy bramka jest naprawdę zamknięta (...). Niestety, oskarżona takiej ostrożności nie zachowała, a należy podkreślić, że w przypadku gdy psy hodowała nie tylko hobbystycznie, ale też zarabiała w ten sposób, wymagana jest od niej jako przedsiębiorcy szczególna staranność w zakresie wykonywanej działalności - ocenił sąd.

 

Sąd podkreślił, że w tej historii jest dwóch bohaterów - sąsiad Jacek R. i matka dziewczynki, która zawsze kazała Marysi jeździć na rowerze w kasku. - Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie miała tego kasku, to nawet pomoc pana Jacka byłaby bezskuteczna, po prostu nie byłoby już kogo ratować - zaznaczył.

 

"Pan Jacek uratował życie małoletniej Marysi"

 

- Psy wybiegły i zaczęły atakować Marysię. Tutaj szczęśliwie pojawił się pierwszy bohater tego zdarzenia sąsiad Jacek R., który zauważył sytuację i praktycznie bez namysłu z gołymi rękami ruszył i udzielił pomocy pokrzywdzonej, przy czy sam ucierpiał - został również dotkliwie pogryziony przez psy. I należy podkreślić, że tym zachowaniem pan Jacek uratował życie małoletniej Marysi, ponieważ - jak wynika z zeznań świadków - psy już ją szarpały między sobą, a obrażenia, których doznała małoletnia to nie były tylko pogryzienia, ale dochodziło już do miażdżenia kości - mówił sąd.

 

Do nieszczęścia doszło w kwietniu 2016 roku w Rokitkach k. Tczewa. Trzy mastify tybetańskie wydostały się nagle przez furtkę posesji oskarżonej i zaatakowały jadącą rowerem 9-letnią dziewczynkę. Dziecko uratował sąsiad, odciągając psy. 9-latka została jednak dotkliwie pogryziona i straciła palec.

 

 

PAP