- Boję się, że idąc chodnikiem mogę zostać zarażona od strzykawki, to jest realne, przerażające zagrożenie. Sama zadzwoniłam na policję, bo zobaczyłam, że mężczyzna wstrzykuje sobie jakąś substancję w żyłę - mówi inna mieszkanka Agata Zabrocka.

 

Jak ustaliła "Interwencja" lokatorzy budynku przy Kijowskiej 7 zmagają się z problemem od dwóch lat.

 

"Przerażająca liczba odpadów"

 

- Poza medycznymi odpadami, które tutaj są na każdym kroku, jak zużyte strzykawki, mamy zniszczoną, obsikaną elewację. To towarzystwo, którego faktycznie można się obawiać, w dodatku panowie nie krępują się zaczepiać i pytać, czy nie mam przypadkiem 2 złotych - opowiada reporterowi "Interwencji" inny mieszkaniec Michał Szymański.


- Mam 4-letnią córkę, z którą oczywiście wychodzę na spacery i córka interesuje się tym, co leży na ziemi, boję się, że któregoś razu podniesie taką strzykawkę - dodaje mieszkanka Anna Kiedrowicz-Thel.

 

Jak mówi lokator bloku, Dawid Adach, liczba odpadów jest przerażająca i codziennie powstają nowe. - W dodatku często igły leżą ostrzem do góry, więc zawsze można w to wdepnąć. Jeżeli jest lato, ktoś ma sandały, to może się tym ukłuć i być może czymś zarazić - zauważa.

 

Twierdzą, że mają wszystkie pozwolenia


Właściciele punktu Volta-Med zdają sobie sprawę z tego, że ich działalność może być uciążliwa. Są jednak zdania, że to, co robią, jest konieczne, a zmiana lokalizacji właściwie jest niemożliwa.

 

- Jest to grupa uzależniona od jednego z najcięższych narkotyków, czyli heroiny i są to wyselekcjonowane osoby, które zdecydowały się na to, żeby poddać się procesowi resocjalizacji. Nie dziwię się obawom mieszkańców dlatego, że to jest temat tabu i zawsze niewygodne sąsiedztwo jest trudne. Te punkty gdzieś jednak być muszą - mówi Monika Jaroszyńska z Centrum Profilaktyki i Terapii Uzależnień Volta-Med.

 

Jak podkreśla, placówka ma wszystkie możliwe pozwolenia. - Jeżeli takie programy przestaną istnieć, to wszystkie osoby uzależnione wrócą na ulicę - dodaje.

 

Lokatorzy czują się oszukani

 

Mieszkańcy bloku czują się oszukani, ponieważ kiedy kupowali swoje mieszkania, to w lokalnym planie zagospodarowania nie było ani słowa o tego typu działalności. Poinformowany o sprawie Inspektor Nadzoru Budowlanego nie dostrzegł jednak żadnych nieprawidłowości.

 

- Niebawem ma odbyć się kolejna kontrola, obawiamy się, że jak rok temu, jej wynik będzie taki, że tutaj jest prowadzona tylko działalność konsultacyjna. A meritum sprawy jest takie, że to nie jest konsultacja tylko regularne leczenie, wydawanie leków - podkreśla lokator Dawid Adach.

 

Instytucją, która wydała pozwolenie na działalność punktu, jest Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego. Niestety obecnie funkcjonujące przepisy nie dają możliwości skutecznego rozwiązania problemu.

 

"Będziemy się sądzić"

 

- Wydawanie tego typu decyzji opiera się o ściśle określony wykaz dokumentów. Jeśli wszystkie te dokumenty spełniają oczekiwania, to marszałek jakiegokolwiek województwa ma sytuację zero-jedynkową. Czyli musi wydać decyzję pozytywną. Przepisy nie biorą pod uwagę pewnej uciążliwości dla mieszkańców, w przeciwieństwie do innego typu decyzji, np. o obrocie hurtowym napojami alkoholowymi - tłumaczy Marta Milewska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego.

 

- Jeżeli trzeba będzie pójść do sądu, będziemy się sądzić. Tylko to będzie trwać latami. Dużo się teraz mówi o życiu w zamkniętych osiedlach. Chciałbym żeby córka wychowywała się tak jak my kiedyś, pośród ludzi na trzepaku, ale po prostu boję się. Tutaj za rogiem jest szkoła tańca. Chciałbym żeby ona sobie do niej sama poszła, ale jeżeli nic się nie zmieni, to będę bał się ją wypuścić, bo jestem pewien, że po drodze spotka kogoś z tego otoczenia - mówi Dawid Adach.

 

"Interwencja"