- Kręciła nami, wydzwaniała, złote góry obiecywała, mówiła, że będzie spłacać. To jest nauczka na całe życie, nie da się opisać, ile my stresów mamy, nerwów. Najgorsze jest to czekanie, co będzie – opowiada pani Marzena.


- Bardzo zależało mi na pracy, sama wychowuję dwoje dzieci, ciężko tutaj znaleźć pracę – dodaje pani Sylwia.

 

"Ona mnie przypiliła i wzięłam kredyt"


Julita Sz. miała oferować pracę w sklepie z ubraniami albo w kwiaciarni. Stawiała jednak warunek: nowe pracownice musiały wziąć dla niej kredyty. Podpisywała oświadczenie, że pieniądze będzie oddawać. Ale nie oddaje.


- To było z urzędu pracy ogłoszenie. Ona mnie przypiliła i wzięłam kredyt – mówi pani Justyna.


Jakim cudem bezrobotnej udało się zdobyć kredyt?


- Sz. wystawiła mi lewe zaświadczenie, że jestem zatrudniona trzy miesiące wstecz. Tyle tego było, że dokładnie nie pamiętam, ile wzięłam, ogólnie to ze 100 tysięcy teraz będzie - wyjaśnia pani Justyna.


- 22 tys. zł zostało do spłaty, już Provident mi przesyła upomnienia. Denerwuje się… Próbowałam trochę spłacać te raty, ale nie stać mnie, bo jestem na rencie. Z tego, co wiem, to około 40 osób jest poszkodowanych – opowiada pani Marzena.

 

"Nie mam jak skombinować, bo mnie zamkną"


To fragment nagrania z zarejestrowaną rozmową Julity Sz. z pracownicą:
"Ja tam z jakieś 100 zł mogę spłacić, ale nie, k…, 600 zł, bo ja mam utargi znikome. Z porcelany to nie ma utargu, rzadko ktoś wchodzi i kupuje, z ubrań to naprawdę były pieniądze. Nie mam jak skombinować, bo mnie zamkną".


- Ja wzięłam tylko 6 tys. zł, do spłaty mam 13 tys. zł. Pani Julita jak się dowiedziała, że się zastanawiam, to zaczęła do mnie wydzwaniać dlaczego. Zapewniała, że mnie z tym nie zostawi, że dostanie dotację z Unii i wszystko zostanie spłacone – twierdzi pani Marta.


Pani Sylwia sam wychowuje dwoje dzieci. Julita Sz. zaoferowała jej pracę w kwiaciarni. Pani Sylwia pracowała tam przez dwa miesiące. Dziś kobieta ma do spłaty 30 tys. zł kredytu i windykację na głowie. Inne kobiety nie miały tyle szczęścia i pracy nigdy w sklepach Julity Sz. nie dostały.

 

"Policjanci mówią, że sama będę musiała to spłacać"


- Cieszyłam się, że w kwieciarni jest praca za atrakcyjne wynagrodzenie, bo oferowała 2790 zł brutto. Ciężko jest u nas tyle zarobić. Ona mnie woziła po znajomych, gdzie brała już kredyty, to były parabanki – wspomina pani Sylwia.


Próbujemy porozmawiać z Julitą Sz. Bezskutecznie. Nie odbiera telefonów ani od byłych pracownic, ani od nas. Nie odpowiada też na wiadomości sms od naszej redakcji. A jej sąsiadka naszej reporterce mówi, że kobieta nie otworzy nam drzwi.


Reporterka: Ja w sprawie kredytów…
Sąsiadka: Nie pani pierwsza, nie ostatnia.
- A dużo ludzi tu przychodzi?
- Czasami w tygodniu to codziennie ktoś był. Samemu trzeba spłacać.


- Sprawa była w prokuraturze, policjanci mówią, że sama będę musiała to spłacać, bo tam jest moje imię, nazwisko i mój podpis. Mój kredyt, niestety – podsumowuje pani Sylwia.

 

Interwencja