Komisja weryfikacja badała w poniedziałek przez prawie 12 godzin reprywatyzację kamienicy przy Dahlbergha 5 na warszawskiej Woli. Decyzja reprywatyzacyjna została wydana w grudniu 2006 r., czyli na początku rządów w stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Część praw do nieruchomości zdobył znany "handlarz roszczeń" Marek M., miasto zachowało 4/12 udziału w tej nieruchomości.

 

Na rozprawie zeznawał m.in. jedyny obecny lokator Dahlbergha 5, Janusz Baranek, który mówił, że mieszkańcy szybko zdali sobie sprawę, że są ofiarami bezwzględnych "czyścicieli kamienic"; zarzucił miastu i prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz brak pomocy. Inni lokatorzy mówili, że nie wiedzieli o roszczeniach do nieruchomości, podkreślali, że przed reprywatyzacją nie było żadnych problemów lokatorskich.

 

"Lokatorzy wyszli z gabinetu pani prezydent Warszawy z niczym"

 

B. burmistrz Woli Marek Andruk przyznał, że wiedział, że mieszkańcy Dahlbergha 5 czują się pokrzywdzeni, a reprywatyzacja jest dla nich niezrozumiała i dotkliwa; podkreślił, że informował przełożonych o zamiarach Marka M. Na rozprawie stawił się także znany, występujący w wielu sprawach "handlarz roszczeń Marek M., który powiedział, że od 2009 r. nie jest współwłaścicielem kamienicy przy Dahlbergha 5, prawa przekazał swojej matce. Próbował przekonywać komisję, że z jego punktu widzenia kupowanie roszczeń jest jak gra w "totolotka".

 

Janusz Baranek, który zeznawał jako pierwszy, powiedział, że lokatorzy dowiedzieli się o reprywatyzacji Dahlbergha 5 stycznia 2007 r. ok. godz. 22, kiedy przyklejone zostały kartki z informacją, że nieruchomość stanowi własność osób prywatnych.

 

Lokatorzy - jak mówił Baranek - w czerwcu 2007 r. spotkali się z prezydent Warszawy. Na spotkaniu byli m.in. przedstawiciele BGN, w tym Jakub R. (b. wiceszef BGN, obecnie przebywa w areszcie). - Wraz z lokatorami na spotkanie przybył radny m.st. Warszawy Paweł Terlecki z klubu Prawo i Sprawiedliwość. Zaskoczeniem dla lokatorów była reakcja prezydent na radnego Terleckiego, która podniesionym głosem powiedziała: "ale zrobiliście sobie wejście, przecież dobrze wiecie, że z PiS nie rozmawiam" - relacjonował Baranek. Dodał, że radny "zażenowany" opuścił salę, "aby nie szkodzić lokatorom swoją obecnością".

 

Świadek przyznał, że atmosfera na spotkaniu była nerwowa, a mieszkańcy pytali, co z nimi będzie. Wyrażali obawy, że Marek M. podwyżkami czynszów chce się ich pozbyć i żądali wzruszenia decyzji reprywatyzacyjnej jako niezgodnej z prawem. - Zawiedzeni spotkaniem lokatorzy wyszli z gabinetu pani prezydent Warszawy z niczym. Pozostali sami z problemem utraty dachu nad głową - powiedział Baranek. Świadek mówił, że ze strony miasta lokatorzy nie uzyskali żadnej pomocy, żadnej obietnicy, że dostaną jakieś lokale zamienne.

 

"Jedynym problemem Brzeskiej był kamienicznik Marek M."

 

Baranek zeznał, że "mieszkańcy szybko zdali sobie sprawę, że są ofiarami bezwzględnych "czyścicieli kamienic". Baranek zeznał, że Marek M. zakwaterował w kamienicy swojego wspólnika, który swoim zachowaniem uprzykrzał życie innym lokatorów m.in. przez głośne imprezy. Dodał, że wspólnik M. zorganizował "tydzień piromana", który polegał na rozpalaniu ogniska na terenie sąsiadującym z kamienicą, do którego wrzucał m.in. opony, materace, drabinę, ławki czy śmieci. Mieszkaniec zeznał, że lokatorom został podwyższony czynsz - najpierw z 2,39 na 16 zł za mkw, a następnie z 16 na 32 zł.

 

Pełnomocnik miasta mec. Zofia Gajewska pytała świadka, czy tylko jego rodzina obecnie mieszka w kamienicy, co Janusz Baranek potwierdził. W tym kontekście Gajewska zapytała, czy komisja zebrała się tylko po to, żeby zająć się sprawą jednego lokatora. W tym momencie przerwał jej wystąpienie szef komisji Patryk Jaki, który przeprosił świadka i oświadczył, że: "jako przewodniczący komisji będzie zdeterminowany do tego, żeby pomagać ludziom, nawet jeżeli będzie chodziło o tak pogardliwie traktowanego przez państwa jednego człowieka". Dodał, że "władza publiczna jest od tego, żeby pomagać nawet jednemu człowiekowi".

 

Baranek zeznał, że poznał działaczkę lokatorską Jolantę Brzeską, która została zamordowana w 2011 r., gdy szukał informacji o Marku M. i od tamtej pory zaczęła się ich współpraca. - Jolanta Brzeska dotarła do pewnych dokumentów, które mogłyby skompromitować naszych przeciwników - mówił. Jak powiedział, "jedynym przeciwnikiem, jedynym problemem" Brzeskiej był "kamienicznik" Marek M.

 

M. zeznał, że od 2009 r, nie jest współwłaścicielem Dahlbergha 5, udziały przekazał matce. Stanowczo zaprzeczył, że w rozmowie z b. burmistrzem Woli Markiem Andrukiem zapowiedział, że chce doprowadzić do eksmisji lokatorów poprzez podwyżki czynszów i zadłużenie mieszkańców. M. przyznał, że czynsze były podnoszone, aby finansować remonty kamienicy, a nie żeby wyrzucać mieszkańców.

 

"Taki kit to może pan sobie wciskać, nie komisji"

 

M. powiedział, że kupowanie roszczeń, z jego punktu widzenia, "maleńkiego udziału za maleńkie pieniądze, to jest tak, jak gra w totolotka". - Kupuje się, nie pamiętam, za 10 zł kupon totolotka i jest minimalna szansa - powiedział M. Na te słowa zdecydowanie zareagował przewodniczący komisji. - Taki kit to może pan sobie wciskać, nie komisji - odpowiedział Jaki.

 

Przewodniczący komisji chciał, aby M. wymienił nieruchomości, w których on albo jego matka mają udziały. M. wymienił nieruchomości na ulicach: Dahlbergha, Krakowskim Przedmieściu, Hożej, Otwockiej i Nabielaka. Następnie przez kilkanaście minut Jaki wyczytywał adresy nieruchomości do których M. lub jego matka mają udziały.

 

B. burmistrz Woli Marek Andruk przyznał, że wiedział, że mieszkańcy Dahlbergha 5 czują się pokrzywdzeni, a reprywatyzacja jest dla nich niezrozumiała i dotkliwa. Dodał, że informował przełożonych o zamiarach "handlarza roszczeń" Marka M.

 

Jaki powiedział, że Andruk jest autorem notatki z czerwca 2007 po spotkaniu m.in. z Markiem M., który nabył prawa do kamienicy przy Dahlbergha 5. Jaki powiedział, że na końcu tego pisma jest informacja, że "pan Marek M. nie ukrywał, że celem działań podjętych przez właścicieli jest doprowadzenie do eksmisji najemców ze względu za zadłużenia, które powstaną w wyniku podwyższania czynszu".

 

Andruk zeznał, że nie dostał nigdy odpowiedzi na tę notatkę. - Dla mnie była to kwestia złożenia informacji po to, żeby moi przełożeni, bo tak traktowałem prezydenta (miasta) i jego zastępców, wiedzieli, jak sytuacja może się potoczyć - powiedział Andruk.

 

"Kierownictwo wydawało polecenia, że należy wydać jakąś decyzję"

 

B. urzędnik BGN Janusz Pałysa mówił, że mieszkańcy skarżyli się mu na złe traktowanie przez nowego zarządcę nieruchomości. Przyznał, że w BGN była decyzja, aby wydział spraw dekretowych wydawał rocznie 300 decyzji zwrotowych. Mówił, że ówczesny wiceszef BGN Jakub R. informując o 300 decyzjach powoływał się na rozmowę z prezydent Warszawy, czego - jak dodał - "nie mogliśmy w ogóle zweryfikować".

 

Urzędniczka miasta Krystyna Pajuk, która była jednym z referentów ws. reprywatyzacji, pytana czy były naciski, aby wydać niektóre decyzje zwrotowe szybciej odpowiedziała, że "zdarzały się takie sytuacje, że kierownictwo wydawało polecenia, że należy wydać jakąś decyzję".

 

Współwłaściciel kamienicy Przemysław Jaszke zeznał, że w latach 2009-2016 stracił przynajmniej 50 tys. zł, które przeznaczył m.in. na remonty w kamienicy przy Dahlbergha 5 oraz dodatkowo ok. 15 tys. zł na wywóz śmieci. Dopytywany, czy drugi współwłaściciel nieruchomości Marek M. partycypował w kosztach, Jaszke zaprzeczył.

 

Jaszke powiedział, że jest prawowitym spadkobiercą po dawnym właścicielu kamienicy - Michale Czarneckim, który był przyjacielem jego ojca. Zapewniał, że nie nękał któregokolwiek z lokatorów Dahlbergha 5. Wyrażał zniechęcenie obecną sytuację wokół nieruchomości.

 

Komisja weryfikacyjna od początku czerwca ub. r. bada zgodność z prawem decyzji administracyjnych w sprawie reprywatyzacji warszawskich nieruchomości.

 

PAP