Hodowca norek skarży aktywistów "Otwartych Klatek". "Włamali się na mój obiekt"

Polska
Hodowca norek skarży aktywistów "Otwartych Klatek". "Włamali się na mój obiekt"
Flickr/Dzīvnieku brīvība/CC BY 2.0
Zdjęcie ilustracyjne

Przed Sądem Rejonowym w Gnieźnie (Wielkopolskie) w środę rozpoczął się proces aktywistów stowarzyszenia "Otwarte Klatki", których działacz PO, hodowca norek Rajmund Gąsiorek oskarżył o "naruszenie miru domowego jego fermy".

W 2013 roku opublikowany został raport "Drapieżny Biznes", będący wynikiem śledztwa stowarzyszenia "Otwarte Klatki". W raporcie tym opisano warunki w jakich hodowane są zwierzęta, m.in. na fermie Rajmunda Gąsiorka. Publikacji, towarzyszył także materiał wideo dokumentujący ranne, chore i cierpiące zwierzęta. Film został nagrany także na jednej z ferm Gąsiorka.

 

Radny powiatu gnieźnieńskiego, działacz Platformy Obywatelskiej i prezes Polskiego Związku Producentów i Hodowców Zwierząt Futerkowych Rajmund Gąsiorek po publikacji raportu oskarżył aktywistów "Otwartych Klatek" o zniesławienie. W styczniu tego roku sąd w Gnieźnie nieprawomocnym wyrokiem uniewinnił jednak aktywistów stowarzyszenia.

 

"Odwiedzają nas rodziny z dziećmi"

 

W środę przed gnieźnieńskim sądem rozpoczął się kolejny proces w tej sprawie, także wytoczony członkom stowarzyszenia przez Gąsiorka.

Do zdarzenia miało dojść dwukrotnie w lipcu i sierpniu 2013 roku na fermie norek w Pawłowicach k. Gniezna. Radny powiatu gnieźnieńskiego zarzucił autorom materiału wideo naruszenie miru domowego jego fermy w trakcie przygotowywania dokumentu i skierował przeciwko nim prywatny akt oskarżenia.

 

- Ci państwo naruszyli moja prywatność i włamali się na mój obiekt. Nikt wcześniej nie prosił mnie ze stowarzyszenia "Otwarte Klatki" o możliwość wejścia na teren fermy. Są okresy, w których można zwiedzić fermę. Odwiedzają nas rodziny z dziećmi, co roku 300 studentów weterynarii i zootechniki tu się kształci i pisze prace naukowe. My nie mamy nic do ukrycia. Wiem też, że ci ludzie robili "podchody" do moich pracowników, żeby zrobili zdjęcia - tłumaczył Gąsiorek.

 

"Nikt nas nie widział"

 

Oskarżeni - Julia Dauksza oraz Paweł Rawicki (zgadzają się na podawanie pełnych danych) - potwierdzili przed sądem, że to oni wykonali nagranie; nie zgadzają się jednak z aktem oskarżenia.

 

- Nie zaprzeczamy faktowi, że ja i Julia jesteśmy autorami zdjęć i filmów pochodzących z fermy norek w Pawłowie. To zostało ujawnione w toku poprzedniego procesu o zniesławienie - powiedział Rawicki przed rozpoczęciem procesu.

 

W trakcie rozprawy dodał, że podczas swojej obecności na fermie nie wyrządzili żadnych szkód. "Wykonując te zdjęcia i filmy nie zakłóciliśmy spokoju, ani właściciela firmy, ani jego pracowników. W tym czasie nikt nas nie widział" - wyjaśnił Rawicki.

 

Gąsiorek przyznał, że ferma w Pawłowicach posiada szereg zabezpieczeń, które według niego, są niezwykle trudne do sforsowania. "Mamy ogrodzenie w postaci dwóch płotów, co wynika z ustawy o hodowli zwierzą futerkowych. Do tego dwa psy, lampy z czujnikiem ruchu, obiektu pilnują ochroniarze, posiadamy też monitoring" - zaznaczył.

 

"Ważny interes społeczny"

 

Według Rawickiego, w 2013 roku nie było jeszcze kamer, dlatego ich obecność nie mogła zostać zarejestrowana.

 

Aktywista "Otwartych Klatek" powtórzył też to, co mówił podczas poprzedniego procesu o zniesławienie. "Działaliśmy mając na uwadze ważny interes społeczny. Norki, którym robiliśmy zdjęcia, miały głębokie krwawe rany, część z nich nie była w stanie się poruszać. Celem zdjęć i filmów było zainicjowanie debaty publicznej i politycznej na temat hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. W naszym przekonaniu było to konieczne dla lepszej ochrony zwierząt w Polsce" - zaznaczył Rawicki.

 

W jego opinii cel udało się osiągnąć, bowiem materiały przez nich zrealizowane odbiły się szerokim echem w wielu mediach. Przyczyniły się też do powstania nowych projektów ustawy o ochronie zwierząt.

 

Gąsiorek z kolei odpierał te zarzuty, twierdząc, że jego zakłady kontrolowane są kilka razy w roku przez odpowiednie służby. Dodał też, że nie jest do końca przekonany, czy zdjęcia pochodzą z jego zakładów. "To, co zostało przedstawione, nie pokrywa się ze stanem faktycznym. Gdyby ta hodowla źle funkcjonowała, gdyby rozród był nieprawidłowy, to ferma nie przynosiłaby dochodu" - podsumował hodowca.

 

Kolejna rozprawa odbędzie się 21 maja.

 

PAP

bas/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze