W nocy z soboty na niedzielę bandyci próbowali okraść bankomat w Wiszni Małej. "Policjanci wiedzieli o planowanym skoku. Chcieli zorganizować zasadzkę i zatrzymać złodziei na gorącym uczynku" - informuje GazetaWroclawska.pl.

"Komendant główny policji Jarosław Szymczyk podkreślał, że gdy bandyta zaczął strzelać, policja natychmiast odpowiedziała ogniem. Dziś wiemy, że było inaczej. Jak twierdzą nasi informatorzy, początkowo zamiast pistoletów, użyto paralizatora. Dopiero po paru sekundach padły strzały. Jeden z policjantów był już wtedy ciężko ranny" - pisze portal.  

I przedstawia inną wersję zdarzenia, powołując się na "wiarygodne źródło":
 
"Akcja antyterrorystów została wcześniej zaplanowana. A na miejscu byli również policjanci kryminalni. (...)  Kiedy grupa szturmowa pododdziału antyterrorystycznego podchodziła do tego baraku, złodziej był w środku. Jeden z kryminalnych otworzył drzwi do baraku - Złodziej stał z kałasznikowem gotowym do strzału. Jego kolega, czekający w samochodzie, musiał go wcześniej ostrzec, że na miejscu jest policja. (...) Pierwszy szedł funkcjonariusz z „tarczą balistyczną”. Za nim po kolei członkowie zespołu uderzeniowego. - Seria z kałasznikowa poszła na tarczę. Ona to wytrzymała. Policjant się zachwiał? Nic z tych rzeczy (...). Tarcza spełniła swoje zadanie. To trzydzieści kilogramów. Nie da się jej przewrócić serią z kałasznikowa. Rzecz w tym, że ze strony zespołu uderzeniowego nie było natychmiastowej odpowiedzi ogniem. Zgodnie z planem akcji, jeden ze szturmowców miał paralizator elektryczny i pistolet w kaburze. On zareagował i strzelił w stronę bandyty. Prąd oszołomił go na chwilę. Przestępca przyklęknął. Wtedy policjant trzymający tarczę usunął się na bok. Na moment. Być może, żeby zrobić kolegom miejsce do strzału. Ale strzały nie padły. Tymczasem bandyta doszedł do siebie i posłał śmiertelną serię w stronę szturmowców. Wtedy jeden z policjantów odrzucił paralizator, wyciągnął pistolet i zastrzelił napastnika".
 
www.gazetawroclawska.pl