Przyjęta w piątek ustawa zakłada, że zarabiający powyżej 10 tys. zł miesięcznie będą płacili składki emerytalne przez cały rok (19,5 proc. miesięcznie od pensji). Obecnie przestają je odprowadzać po przekroczeniu w danym roku określonego pułapu zarobków - trzydziestokrotności średniej pensji (czyli ok. 120 tys. zł brutto).

 

Ministerstwo Rodziny Pracy i Politycy Społecznej szacuje, że na skutek zmian w 2018 r. sektor finansów publicznych zyska ok. 5,4 mld zł. Zniesienie górnego limitu składek dotyczy ok. 350 tys. osób.

 

Tempo prac nad ustawą krytykowali związkowcy, Konfederacja Lewiatan, BCC, Pracodawcy RP; wspólnie zaapelowały o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego w tej sprawie.

 

"Wystarczy jedna kadencja"

 

Według ekonomisty Centrum im. Adama Smitha Roberta Gwiazdowskiego, zmiany w płaceniu składek oznaczają wyższe emerytury, m.in. dla prezesów państwowych spółek. 

 

 

"(...) prezes państwowej spółki, który zarabia np. 100 tys. zł, wygeneruje w ciągu czterech lat kadencji składkę emerytalną wyższą niż po 30 latach pracy za średnią krajową" - powiedział "SE" Gwiazdowski. 

 

"Dla przykładu wzięliśmy prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej Daniela Ozona, którego maksymalne zarobki za 2017 r. firma Sedlak & Sedlak oszacowała na astronomiczną kwotę 132 tys. zł miesięcznie. Po czterech latach prezes JSW zgromadziłby na koncie emerytalnym 1,2 mln zł, czyli tylko za czas pracy w tej spółce dostawałby po 5 tys. zł emerytury miesięcznie,  Zwykły obywatel o takiej kwocie może jedynie pomarzyć. Zarabiając 4 tys. zł przez cztery kolejne lata wypracowałby emeryturę wynoszącą. jedynie 155 zł miesięcznie" - napisał se.pl.

 

Ustawa trafiła do Senatu.

 

se.pl, PAP