W czwartek komisja przez 10 godzin badała reprywatyzację trzech działek na pl. Defilad pod dawnymi adresami: Złota 19, Zielna 7/Złota 17 i Chmielna 50. Jako świadkowie zeznawało troje urzędników Ratusza, w tym b. wiceprezydent stolicy Jarosław Jóźwiak. Podkreślał on, że decyzje, które badała komisja, zapadły zanim został wiceprezydentem.

 

Kara dla Hanny Gronkiewicz-Waltz

 

Na koniec prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz została ukarana 9 tys. zł grzywny za nieusprawiedliwione niestawiennictwo. Czwartkowe obrady komisji formalnie były trzema rozprawami.

 

Gronkiewicz-Waltz odmawia stawiennictwa jako strona postępowań, argumentując, że komisja jest niekonstytucyjna. Wcześniej sześciokrotnie nie przyszła - za każde niestawiennictwo dostała po 3 tys. grzywny. We wrześniu komisja oddaliła jej wnioski o uchylenie części z tych grzywien. Prezydent odwołuje się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

 

Przesłuchanie Jóźwiaka

 

Komisja zadawała Jóźwiakowi pytania dotyczące generalnie procesu reprywatyzacji. Obszernie wracano m.in. do sprawy słynnej działki Chmielna 70, od której zaczęła się afera reprywatyzacyjna. Dochodziło do spięć między Jóźwiakiem i przewodniczącym komisji Patrykiem Jakim, który zarzucał świadkowi, że nie odpowiada na pytania. Z kolei Jóźwiak twierdził, że ograniczono mu swobodę wypowiedzi.

 

Jaki ocenił po przesłuchaniu Jóźwiaka, że próbuje on kryć Gronkiewicz-Waltz. Jak dodał, z zeznań Jóźwiaka wynika, że o procederze handlu roszczeniami wiedzieli wszyscy, tylko nie on i prezydent stolicy.

 

Jóźwiak zeznał, że Gronkiewicz-Waltz nie wiedziała, co się dzieje w poszczególnych sprawach reprywatyzacyjnych i gdzie ewentualnie popełniono błędy.

 

- Jeżeli nawet kontrole wykazywały, że decyzje są dobre, a potem okazywały się fakty, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, no to nie wiedzieliśmy o tym, ani ja, ani pani prezydent (...). Nie wiedziała w tym zakresie w poszczególnych sprawach, co się konkretnie działo i gdzie ewentualnie popełniono błędy. Nie sposób, żeby kierownik jednostki, jaką jest miasto, znał każde postępowanie administracyjne i wszystko wiedział w poszczególnej sprawie, co się wydarzyło. Tych postępowań w samym BGN (Biuro Gospodarki Nieruchomościami) jest prowadzonych kilka tysięcy, a w całym urzędzie kilkaset tysięcy - dodał.

 

"To zaniechanie klas politycznych"

 

Jak przyznał, ratusz od 1989 r. wydał kilka tysięcy decyzji reprywatyzacyjnych. - Po stronie urzędu miasta decyzje błędne też się zdarzały. Ważne, aby je skorygować i naprawić - powiedział Jóźwiak. Ocenił jednak, że afera reprywatyzacyjna jest efektem wieloletnich zaniechań, jeśli chodzi o przygotowanie dobrego prawa. Można też mówić o słabości organów ścigania.

 

- To zaniechanie klas politycznych - bez względu, czy była to lewica, prawica, czy centrum - w nieprzyjęciu ustawy reprywatyzacyjnej, o którą apelowali kolejni prezydenci m.st. Warszawy, jest chyba największym grzechem - przekonywał Jóźwiak.

 

Zaznaczył, że sprawował urząd wiceprezydenta przez półtora roku, a już po kilku miesiącach od objęcia tej funkcji udało mu się wspólnie z zespołem przygotować projekt tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej, która później weszła w życie. Podkreślił, że była to pierwsza ustawa ws. reprywatyzacji po zmianie ustrojowej.

 

Jóźwiak, który nadzorował Biuro Gospodarki Nieruchomościami, został odwołany w 2016 r., gdy wybuchła afera reprywatyzacyjna, a dziś jest szefem rady nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji.

 

"Za reprywatyzację odpowiada ten urzędnik, który podpisuje decyzję"

 

Przed posiedzeniem komisji, w rozmowie z dziennikarzami, Jóźwiak podkreślał, że reprywatyzacja jest bardzo trudnym zagadnieniem. -  Mam nadzieję, że będę mógł wyjaśnić komisji wszystkie wątpliwości w tym zakresie. Co prawda temat dzisiejszych dwóch, trzech spraw, na które zostałem wezwanym wskazuje, że decyzje były wydane, kiedy jeszcze nie byłem zastępcą prezydenta i nie zajmowałem się tym obszarem, ale mam nadzieję, że chociaż wiedzą ogólną będę w stanie komisji pewne wątpliwości wyjaśnić - powiedział Jóźwiak.

 

Dodał, że zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego za reprywatyzację bezpośrednio odpowiada "ten urzędnik, który wydaje w tej sprawie decyzję i jest pod nią podpisany".

 

 

Według niego, jeśli chodzi o sprawy w związku, z którymi został wezwany, to "ich sygnatura wskazuje, że decyzje zostały wydane w czasie kiedy nie był zastępcą prezydenta i nie zajmował się tym obszarem (reprywatyzacją - red.)". - Ale mam nadzieję, że chociaż wiedzą ogólną będę w stanie komisji pewne wątpliwości wyjaśnić - dodał urzędnik.

 

Dopytywany był też, jaki wpływ - jego zdaniem - na reprywatyzacje miała prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

 

- Za reprywatyzację bezpośrednio, odpowiada ten urzędnik - zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego - który wydaje decyzje i, który jest pod nimi podpisany. Kodeks stanowi, że to jest jego odpowiedzialność - odpowiedział były wiceprezydent Warszawy.

 

Dodał, że "było wielokrotnie podkreślane jak działają te procedury".

 

"Największa bolączka kolejnych prezydentów Warszawy"

 

- Stawiam się dzisiaj przed państwem pomimo pewnych wątpliwości, które posiadam zarówno ja jako prawnik, jak i można powiedzieć szeroko rozumiane środowisko prawnicze, co do podstaw prawnych i konstytucyjnych działania tej komisji - powiedział na wstępie Jóźwiak.

 

Dodał, że stawia się przed komisją, aby "udzielić pełnej informacji dot. jego wiedzy, wiedzy fachowej, prawniczej". - Co prawda sprawy, w których państwo mnie wezwali jak wskazują sygnatury, są sprawami, w których decyzje zapadły na długo przed objęciem przeze mnie urzędu (wiceprezydenta) - zaznaczył.

 

Zastrzegł, że czuje się "trochę zaskoczony", że nie został wezwany na rozprawę komisji w sprawie szkoły przy ul. Twardej, ponieważ zajmował się nią i miasto przeprowadziło "potężne śledztwo".

 

B. wiceprezydent stolicy podkreślił, że ma mówić o reprywatyzacji, czyli o tym, co było "największą bolączką, największym problemem" kolejnych prezydentów Warszawy.

 

"Tysiąc powodów do dzisiejszego spotkania"

 

- To zaniechanie klas politycznych - bez względu czy była to lewica, prawica czy centrum - w nieprzyjęciu ustawy reprywatyzacyjnej, o którą apelowali kolejni prezydenci m.st. Warszawy, jest chyba największym grzechem, z którego powodu mamy co najmniej tysiąc powodów do dzisiejszego spotkania - powiedział Jóźwiak.

 

Zaznaczył, że sprawował urząd wiceprezydenta przez półtora roku, a już po kilku miesiącach od objęcia tej funkcji udało mu się wspólnie z zespołem przygotować projekt tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej, która później weszła życia.

 

Ocenił, że "mała ustawa reprywatyzacyjna" pozwala reagować w trudnych przypadkach reprywatyzacyjnych. Dodał, że dzięki tej ustawie wydanych zostało już ponad 100 decyzji odmownych dot. zwrotu nieruchomości - takich jak żłobki, przedszkola, komisariaty. Zostało także zamieszczonych ponad 100 ogłoszeń ws. tzw. nieruchomości śpiochów. Jóźwiak powiedział, że "mała" ustawa "zatrzymała" kuratorów, a miasto także skorzystało z prawa pierwokupu.

 

Podkreślił, że "mała" ustawa reprywatyzacyjna to jedyna ustawa w "wolnej Polsce" wychodząca naprzeciw problemowi reprywatyzacji. - Inicjatyw legislacyjnych ws. reprywatyzacji było kilkadziesiąt, blisko 30, żadna z nich nie skończyła się sukcesem - zaznaczył.

 

Jóźwiak przypomniał również swoją wspólną konferencję z I prezes SN, na której apelował do sędziów, by więcej uwagi zwracali na sprawy, gdzie występowali kuratorzy i "ożywają roszczenia".

 

"To była decyzja burmistrza dzielnicy Śródmieście"

 

Pierwsza część pytań do świadka niego dotyczyła dwóch nieruchomości przy ul. Twardej, skąd - jeszcze przed decyzją miasta o ich reprywatyzacji na rzecz Macieja M. - przeniesiono znajdującą się tam szkołę. Komisja już uchyliła te decyzje miasta.

 

Jóźwiak mówił, że w 2014 r. brał udział w spotkaniu radnych z rodzicami protestującymi ws. Twardej, a potem - gdy został wiceprezydentem - polecił, by biuro prawne miasta sprawdziło sprawę. Pytany przez przewodniczącego komisji Patryka Jakiego co zrobił, by zapobiec tej reprywatyzacji, Jóźwiak odparł że wątpliwości pojawiły się później - co do sądowego postępowania spadkowego. - Stąd nasz wniosek o wznowienie postępowania - dodał.

 

Według Jakiego, jest to nieprawda, bo wątpliwości co do kręgu spadkobierców Twardej pojawiły się wcześniej. Pytał świadka, czy jest normalne, że najpierw się przenosi szkołę, a dopiero potem podejmuje się decyzję reprywatyzacyjną. Jóźwiak odparł, że to Rada miasta miała podjąć decyzję ws. przeniesienia szkoły, podkreślając, że nie były to wtedy jego kompetencje. - Często szkoły są przenoszone, nawet w sytuacji, gdy nie ma procedury reprywatyzacyjnej - zaznaczył.

 

Członek komisji Robert Kropiwnicki zauważył, że sprawa Twardej nie jest tematem czwartkowej rozprawy. Jaki replikował, że świadek sam kwestię poruszył i upomniał Kropiwnickiego, aby "nie wchodził mu w głos".

 

Świadek pytany przez Jakiego, czy ws. Twardej zapadła dobra decyzja, odpowiedział: "to była decyzja burmistrza dzielnicy Śródmieście w związku z toczącym się postępowaniem reprywatyzacyjnym". - Świadek świetnie ucieka od konkretnych pytań - skomentował to Jaki.

 

"Postępowanie zwrotowe miało istotne wady"

 

Ponownie spytał świadka, dlaczego wniosek o wznowienie postępowania ws. Twardej wniesiono dopiero dwa lata po decyzji reprywatyzacyjnej; mimo wcześniejszych wątpliwości rodziców, co do spadkobierców. Jóźwiak odparł, że gdy tylko objął obowiązki wiceprezydenta, nakazał sprawdzenie sprawy. - Przed wybuchem afery prowadziliśmy już te działania - dodał.

 

Przyznał, że "postępowanie zwrotowe miało istotne wady w związku z niewłaściwym przeprowadzeniem w naszej ocenie przez sąd postępowania spadkowego". - Jeśli świadek mówi, że to wina sądu, to kto powinien bronić przed sądem interesu skarbu państwa - dopytywał Jaki. - Złożyliśmy wniosek o wznowienie postępowania spadkowego w celu takiej ochrony - powtórzył świadek. - Ale dwa lata po wszystkim, dlaczego nie wcześniej? - indagował Jaki. - Gdy dowiedzieliśmy się o nieprawidłowościach, to wniosek złożyliśmy - padła odpowiedź.

 

Podczas posiedzenia, szef komisji weryfikacyjnej Patryk Jaki pytał Jóźwiaka, jaki był jego nadzór nad Biurem Gospodarki Nieruchomościami, w czasie gdy był wiceprezydentem stolicy "w stosunku do reprywatyzacji prowadzonych przez Roberta N." (adwokat, podejrzany ws. Chmielnej 70; jest w areszcie).

 

- Chociażby w momencie, kiedy zaistniały wątpliwości co do ul. Chmielnej poleciłem natychmiastowe zbadanie tej sprawy, przygotowanie wniosków o zabezpieczenie hipoteki, przygotowanie wniosku do prokuratury w tej sprawie, który skierowało miasto, więc jakby ten nadzór w związku z powziętymi informacjami był wykonywany. Były przygotowane zawiadomienia do prokuratury, wnioski o zabezpieczenie hipoteki, chociażby w sprawie ulicy Chmielnej - powiedział Jóźwiak.

 

"Nie wydaje mi się, aby pani prezydent mogła mieć takie kontakty"

 

Dopytywany, czy zna Roberta N., Jóźwiak zaprzeczył. Pytany z kolei, czy według jego wiedzy prezydent Warszawa Hanna Gronkiewicz-Waltz "miała kontakty" z Robertem N, b. wiceprezydent Warszawy powiedział: "Nie mam takiej wiedzy i nie wydaje mi się, aby pani prezydent mogła mieć takie kontakty".

 

Jóźwiak był też pytany, kiedy usłyszał o grupach handlujących roszczeniami. Odpowiedział, że o sprawie dowiedział się za pośrednictwem prasy, szczególnie z publikacji "Gazety Wyborczej" dot. działalności Macieja M. (biznesmena, któremu przyznano prawa do kilku zreprywatyzowanych działek w stolicy; część tych decyzji komisja już uchyliła).

 

B. wiceprezydent Warszawy podkreślił, że w tym czasie działalność prywatnych osób związana z reprywatyzacją "nie była interpretowana jako nadużycie prawne". Niemniej - jak mówił Jóźwiak - po publikacjach prasowych zlecił BGN "działania sprawdzające". "Zleciłem, byśmy przyjrzeli się szczególnie sprawom, które były przez niego prowadzone" - powiedział; dodał, że z tego co pamięta było to "polecenie ustne".

 

Pytany, czy od razu po pierwszych informacjach prasowych stworzono listę spraw, którymi zajmował się Maciej M., Jóźwiak powiedział, że były to wtedy cztery sprawy, które "były sprawami publicznymi i nie było tu potrzeby tworzenia listy".

 

 

PAP