27-letni Dawid Szydło razem ze znajomymi z Oratorium Salezjańskiego w Oświęcimiu był w sierpniu w okolicach Baru w Czarnogórze.


Jednego z ostatnich dni udał się na samotny spacer w góry i zabłądził.


"Trasa okazała się bardzo zaniedbana i koniec końców wymagająca. Wracając zabłądziłem, stoczyłem się na dół zbocza w gęste chaszcze, z których nie mogłem się wydostać. Skończyła mi się woda, było bardzo upalnie" - opisywał w liście do prezydenta Andrzeja Dudy.


"Padła decyzja, by rozpalić ogień"


Udało mu się skontaktować z lokalnymi służbami ratunkowymi, którym usiłował wskazać miejsce pobytu.


Powiadomił też uczestników wycieczki, którzy wezwali policję i także próbowali odnaleźć 27-latka.


"Znaki, jakie dawałem, machając koszulką zawieszoną na 4-5 metrowym kiju nie zostały zauważone. Padła decyzja, by rozpalić ogień. Jako skaut miałem przy sobie zapalniczkę, igłę, nici, taśmę oraz kilka innych przydatnych rzeczy" - relacjonował.


"Płomienie w ciągu kilku sekund przeskoczyły i zajęły sąsiednie rośliny"


Jak podkreślił, wiedział, że "ogień w tych warunkach jest ekstremalnie niebezpieczny".


"Od kilku miesięcy w tym rejonie nie padał deszcz. Wszystko było wysuszone na wiór. Skleciłem małe palenisko z kamieni i zapaliłem patyki, suchą trawę i trochę liści, by powstał dym. Nikt go nie zauważył. Wiedziałem, że nie mogę zapalić większego ognia, bo ten szybko przeniesie się na pobliskie krzewy i trawy" - opisywał.


Jak podkreślił, to ratownicy kazali mu rozniecić ogień. "Stwierdzili nawet, że jeśli coś się zapali to będę bezpieczny, ponieważ płomienie powędrują w górę zbocza. Tak się stało. Kiedy tylko zapaliłem nazbierany chrust płomienie w ciągu kilku sekund przeskoczyły i zajęły sąsiednie rośliny" - napisał.


"Byłem przekonany, że piekło się skończyło. To był dopiero początek"


Ogień rozprzestrzeniał się niebezpiecznie szybko i Szydło zmuszony był przed nim uciekać. Jak opisywał, stoczył się 20 metrów w dół, przy czym bardzo poranił plecy. Na dole znaleźli go dwaj mężczyźni.


"Byłem przekonany, że piekło właśnie się dla mnie skończyło. To był dopiero początek. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, powiedziano mi, że musimy pojechać na policję złożyć zeznania, że pożar powstał nieumyślnie, że miałem dać tylko znaki ratownikom na ich wyraźne polecenie, także policjantki, z którą byłem cały czas w kontakcie, pod numerem 112. Mówiła wyraźnie, że ognisko to znak, bym słuchał ratowników, nawet gdy miałem skoczyć w przepaść" - opisywał mężczyzna w liście do prezydenta.


"Z ofiary ratującej życie stałem się kryminalistą"


Według jego relacji, został natychmiast zatrzymany. Jak dodał, tylko dzięki stanowczym prośbom został zawieziony do szpitala i opatrzony. Kolejne trzy noce spędził w areszcie w Barze, później sąd orzekł wobec niego 30-dniowy areszt w Podgoricy.


"Z ofiary ratującej własne życie stałem się kryminalistą, terrorystą – podpalaczem. Odłączony od swojego kraju, języka, rodziny, bliskich i Kościoła. Zamknięty. Skazany bez wyroków. Przez ten czas adwokat z urzędu odwiedził mnie tylko raz. Pierwszego dnia w Podgoricy. Bardzo pomaga mi Konsul, pan Ryszard Michalski, ofiarując swoje wsparcie, kontaktując się z moją rodziną, odwiedzając mnie" - napisał mężczyzna.


27-latek opisywał, że w celi przebywa m.in. z „mordercą, gwałcicielem i przemytnikiem kobiet”. Nie ma też prawa kontaktu z rodziną ani przyjaciółmi.


"Wiem, że ma Pan całą Polskę na głowie"


"Jeśli mógłby Pan zrobić dla mnie cokolwiek w tej sprawie, by przyspieszyć mój powrót do domu, do Polski, do mojej pracy, rodziny... będę niezwykle wdzięczny. Nie jestem zbrodniarzem czy przestępcą, a zostałem tak potraktowany, w nieludzki sposób" - napisał do prezydenta.

 
"Wiem, że ma Pan całą Polskę na głowie i ogrom pracy na co dzień. Jestem za to niepowtarzalnie wdzięczny. Modlę się za Pana i całą Polską Rodzinę. Mimo wszystko wierzę, że  znajdzie Pan chwilę, by zerknąć na moją sprawę, bym mógł wrócić do mojej rodziny. Liczę na Pańską pomoc" - dodał.


"Wszyscy twierdzą, że sprawa jest w rękach  prawnika i konsula"


Jak poinformowała rodzina mężczyzny, "od czasu aresztowania Dawida mija już miesiąc a dziś po rozmowie z  konsulem okazuje się, że adwokat, który został wynajęty z  czarnogórskiego urzędu nie jest zbyt zaangażowany w pomoc Dawidowi (był u niego tylko raz)".


"Z ostatniego telefonu wynika, że wynik rozprawy, która ma się odbyć w przyszłym tygodniu nie będzie dla nas zadowalająca a Dawid pozostanie w areszcie" - napisała siostra mężczyzny, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na pomoc prawną.


"Posiadamy już listę tłumaczy i adwokatów czarnogórskich,  którzy mogliby zająć się tą trudną sprawą. Wiemy wstępnie, że pomoc  adwokata to ponad 150 euro/h, dlatego każda złotówka jest dla Nas na wagę  złota. Obdzwoniliśmy większość urzędów i instytucji naszego kraju  by zasięgnąć pomocy jednak wszyscy twierdzą, że sprawa jest w rękach  prawnika i konsula, którzy są na miejscu" - dodała.


"Nie wiadomo, jakie były szkody i w co władze chcą uwikłać mojego brata"


"Dawid został osadzony w areszcie, odbyło się kilka rozpraw, które nic nie wniosły w jego sytuację. Urzędnicy twierdzą, że cały czas zbierane są dowody...a czas ucieka i mija dzień za dniem.... Do tej chwili nie wiadomo, jakie były szkody i w co władze czarnogórskie chcą uwikłać mojego brata Dawida.  Dziwnym jest fakt iż wiedząc o trudnej sytuacji w Czarnogórze władze  odważyły się na krok by kazać zagubionemu na rozpalenie ogniska na  narażonym terenie" - napisała siostra mężczyzny.


Rodzina próbuje zebrać 50 tys. zł. Jak podkreślono w apelu "niewykorzystana kwota ze zbiórki trafi do 7-miesięcznej Alicji mieszkanki Bierunia, która cierpi na neuroblastromę".


Według szacunków lokalnych władz, straty powstałe wskutek pożaru mogą wynieść nawet 3 miliony euro.

 

polsatnews.pl, onet.pl