Jak dowiedziała się nieoficjalnie PAP, ze źródeł zbliżonych do warszawskiej prokuratury, do Hajnówki ma trafić także zawiadomienie posłanki PO Gabrieli Lenartowicz ws. możliwości popełnienia przestępstwa przez ministra środowiska Jana Szyszkę. Chodzi o wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Posłanka zarzuca szefowi MŚ działanie na szkodę interesu publicznego i powodowanie "zniszczenia w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach". Grozi za to nawet do pięciu lat więzienia.

 

Kilka zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa

 

- Do naszej prokuratury wpłynęło dotąd kilka zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych - poinformował szef hajnowskiej prokuratury Jan Andrejczuk. Dodał, że były one składane "przez grupy osób protestujących, które wskazywały na to, że Straż Leśna bezzasadnie użyła w stosunku do nich siły". Podkreślił, że takie zawiadomienia wpływają od kilku tygodni.

 

Pocztą wpłynęło zawiadomienie o zdarzeniu z ub. tygodnia. Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska informował media w komunikacie prasowym, że była ona "szczególnie brutalna". Jak podał, jeden z aktywistów został schwytany przez strażników leśnych podczas próby zablokowania jednej z maszyn - forwardera. Według Bohdana rzucono nim na ziemię, strażnicy przygniatali jego twarz, "dusili grdykę".

 

Dodał, że po interwencji aktywistę przewieziono szpitala. - Przebywał tam kilka godzin, podano mu kroplówkę, przeszedł badania tomograficzne, które wykazały krwiaka pod skronią. Ponadto lekarz stwierdził zadrapania szyi dokonane podczas podduszanie przez strażników - relacjonował Bohdan.

 

"Straż Leśna została zmuszona do interwencji"

 

Prok. Andrejczuk powiedział, że po postępowaniu sprawdzającym (może potrwać do 30 dni) prokuratura zdecyduje, czy wszcząć w tej sprawie śledztwo dotyczące podejrzeń przekroczenia obowiązków służbowych przez Straż Leśną i narażenia poszkodowanego na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

 

Po nagłośnieniu tej sprawy przez aktywistów protestujących w puszczy, Lasy Państwowe wydały oświadczenie - "Straż Leśna została zmuszona do interwencji", w którym zaprzeczyły, by strażnicy działali brutalnie.

 

- Nie ma w zachowaniu Straży Leśnej rzekomej brutalności, nie ma uciskania krtani, wykręcania kończyn czy "rzucania w błoto", jak to opisywały niektóre media i sami aktywiści - oświadczył rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku Jarosław Krawczyk. Napisał też, że to strażnicy leśni - "z własnej inicjatywy" wezwali pogotowie.

 

"Aktywiści utrudniają prace"

 

Rzecznik tłumaczył, że leśnicy wycinają drzewa w nadleśnictwie Białowieża w miejscu "najbardziej dotkniętym kilkuletnią gradacją kornika, przy szlakach komunikacyjnych", gdzie "stoją dziesiątki tysięcy martwych i osłabionych świerków oraz innych drzew, często połamanych i zawieszonych na sąsiednich", i są usuwane, by zapewnić bezpieczeństwo publiczne, a aktywiści prace utrudniają.

 

Krawczyk oświadczył też, że wycinka jest "zgodna z postanowieniem Trybunału Sprawiedliwości UE z 27 lipca tego roku", a teren objęty jest okresowym zakazem wstępu. - Oznacza to, że osoby, które nie mają specjalnych uprawień, nie mogą tam przebywać - dodał Krawczyk.

 

PAP