Huragan Irma dotarł na Dominikanę w środę. W położonej na wybrzeżu miejscowości Cabarete wichura była najsilniejsza w czwartek, między 12:00 a 16:00.

 

- Teraz wyszło już słońce, jest spokojnie - relacjonowała Katarzyna Izydorczyk. - Suszymy wszystkie rzeczy, na szczęście mamy już prąd - mówiła.

 

Jej zdaniem najbardziej przykrym widokiem po przejściu huraganu nie są zerwane sieci energetyczne i uszkodzone dachy, ale powalone drzewa.

 

"Drzewa leżą na ziemi"

 

- Mieszkańcy często są biedni i jedzą to, co natura im daje. Wszystkie drzewa, które dawały im jedzenie, leżą na ziemi. Kiedy przyjdzie słońce, bez dachu da się żyć, ale potrzeba 3-4 miesięcy, żeby rośliny na nowo zaczęły rosnąć - mówiła.

 

W czwartek zaprosiła do swojego domu wielu mieszkańców Cabarete, którzy obawiali się, że dachy ich domów będą zerwane.

 

- Mam to szczęście, że mam dobry dom, który ocałał. Otworzyłam drzwi dla Dominikańczyków, bardzo wielu z nich spało dziś u mnie w domu. Mieli dobre przeczucie, ponieważ ich dachy nie ocalały - opowiadała.

 

Według prezes Fundacji huragan nie uderzył w ląd z tak duża siłą, jak w Puertoryko i Saint Martin, a wiatr wiał z prędkością ok. 150 km na godzinę. - Mieszkańcy spodziewali się, że będzie gorzej. Są bardzo wierzący. Każde zdanie kończą słowami "Bóg tak chce, Bóg nas ocali" - dodała.

 

Dotychczas w wyniku huraganu na Karaibach zginęło co najmniej 14 osób. Irma spustoszyła wyspy Saint Martin/Sint Maarten, Barbudę oraz brytyjskie i amerykańskie Wyspy Dziewicze.

 

polsatnews.pl, PAP