Pani Irena ma 86 lat. Całe życie mieszka w małej wiosce pod Częstochową. Z synem Markiem dzieli niewielki domek tuż przy autostradzie. Kobieta wychowała troje dzieci. Nie wiedziała, że tylko dwoje swoich.

W 1956 roku na świat przyszedł jej  syn, Tadeusz. Położna pomyliła go jednak z innym, urodzonym w tym czasie chłopcem. Pani Irena dostała do karmienia, a potem do domu, innego Tadeusza - syna kobiety z sąsiedniej wioski.

Przez 15 lat chłopcy wychowywali się niemal płot w płot. W nie swoich rodzinach, nie swoich domach. Prawda wyszła na jaw przypadkowo.

- Sąsiadka zobaczyła Tadeusza na ulicy, jeszcze jako dzieciaka. Do Częstochowy jechała. Powiedziała mi, że do mojego drugiego syna jest podobny, ale ja w to nie wierzyłam - powiedziała pani Irena w rozmowie z reporterką "Interwencji". Uwierzyła, gdy zobaczyła go na własne oczy. Do spotkania doszło przypadkiem, na cmentarzu w dniu Wszystkich Świętych. - "Obcięło" mi nogi. Do dziś nie wiem, jak dotarłam do domu - dodała. 

 

Odsunął się od bliskich


Zdarzenie zatrzęsło posadami domu pani Ireny i pozostawiło trwały ślad na domownikach. Rodziny zamienionych dzieci próbowały się uporać z tą sprawą, ale bez skutku. Tadeusz, przybrany syn pani Ireny, wówczas 15-latek, odsunął się od rodziny i od brata, Marka. Do dziś przysyła tylko zdjęcia. A i to bardzo rzadko.


Co przeżył drugi Tadeusz, wychowywany z dala od pani Ireny? Jak ułożyły się relacje z przybraną rodziną? Mężczyzna nie chciał rozmawiać przed kamerą.

- Jak to się wszystko stało, to przeprowadził się do rodziców taty. I tam mieszkał - powiedziała kobieta, którą przez lata biologiczny syn pani Ireny uważał za siostrę. Mężczyzna zrobił badania genetyczne dopiero w 2009 roku. Potwierdziły one najgorsze przypuszczenia. Dzieci zostały zamienione. To wówczas pan Tadeusz namówił biologiczną matkę i brata do walki o zadośćuczynienie za krzywdy przed sądem.

 

Wyrok prawomocny, pieniądze na kontach


W 2011 roku Sąd Okręgowy w Katowicach przyznał całej trójce zadośćuczynienie: łącznie ponad 500 tys. zł. Najwięcej panu Tadeuszowi i pani Irenie. Po apelacji Wojewody Śląskiego, który uznał, że pieniądze się nie należą, świadczenie utrzymano, choć w zmienionych kwotach. Ten wyrok się uprawomocnił, pieniądze wypłacono.

- Pomyślałam tylko, że znalazł się ktoś, kogo ruszyło sumienie i za to tylko mogę mu podziękować. Ale satysfakcji to nie ma żadnej, bo nie ma takich pieniędzy, które oddałyby dziecko - skomentowała pani Irena.

Radość szybko zamieniła się w dramat. Skarb Państwa, reprezentowany przez Wojewodę Śląskiego, a w sądzie przez Prokuratorię Generalną złożył kasację od wyroku do Sądu Najwyższego. A ten w 2014 roku uznał, że krzywda była, ale w 1956 roku nie było przepisów regulujących kwestie zadośćuczynienia. Teraz cała trójka musi zwrócić pieniądze.

- Sąd Najwyższy uznał, że doszło do czynu niedozwolonego w postaci zamiany noworodków w szpitalu. W 1956 roku nie mieliśmy jeszcze kodeksu cywilnego. W związku z tym podstawa zadośćuczynienia wskazana przez sądy apelacyjne w tej sprawie nie jest zasadna - poinformował Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego.

 

"Kierujemy się przepisami prawa"


Pani Irena i jej dzieci zostali więc skrzywdzeni dwukrotnie. Raz, gdy podmieniono dzieci i drugi, gdy nakazano oddać przyznane zadośćuczynienie.

- Kierujemy się przepisami prawa. Mamy taki obowiązek – oświadczyła Sylwia Hajnrych, rzecznik Prokuratorii Generalnej.

Po wykładni Sądu Najwyższego Wojewoda Śląski przed sądem w Częstochowie zażądał zwrotu pieniędzy - wraz z odsetkami, choć z tych ostatnich mógł zrezygnować. Teraz są one naliczane od 2014 roku i już stanowią niemal połowę przyznanej kwoty.


Co ciekawe, sąd w Częstochowie wydał wyroki korzystne dla pokrzywdzonych. Dwa z nich na korzyść Skarbu Państwa zmienił Sąd Apelacyjny w Katowicach. Ten sam, który przed laty przyznał zadośćuczynienie. Trzeci wyrok z Częstochowy, korzystny dla pani Ireny, czeka na apelację.

- Sąd Okręgowy w Częstochowie w trzech różnych postępowaniach, prowadzonych przez trzech różnych sędziów oddalił roszczenia Skarbu Państwa. Wskazał, że nie neguje tego, że świadczenia są nienależne. Jednocześnie podkreślił, że pozwani zostali skrzywdzeni przez Skarb Państwa i to on ponosi moralną odpowiedzialność za wyrządzoną krzywdę - argumentował Adam Synakiewicz, prezes Sądu Okręgowego w Częstochowie.

Dlaczego więc w Katowicach do sprawy podchodzi się zupełnie inaczej?

- Tak działa system wymiaru sprawiedliwości. Czasami następuje taki niefortunny splot okoliczności prawnych, że sądy różnych instancji biorą coś innego pod uwagę - wyjaśnił Robert Kirejew, rzecznik Sądu Apelacyjnego w Katowicach.

 

Pomyślą o umorzeniu odsetek


Jaki będzie dalszy los tej niebywale skrzywdzonej rodziny? Jej ostatnią nadzieją jest Sąd Najwyższy, który może zdecydować o oddaleniu roszczeń Skarbu Państwa. Ale to może potrwać nawet dwa lata. A odsetki wciąż rosną. O umorzeniu długu urzędnicy nie chcą słyszeć. Przed kamerą zapewnili jednak, że przemyślą sprawę umorzenia odsetek, ale dopiero gdy sprawą zajmie się komornik.

- Jeżeli to by weszło w etap egzekucji, to będziemy się zastanawiać (nad umorzeniem odsetek – red.). Ja bym oczywiście nie chciał, żeby doszło do licytacji komorniczej. Natomiast, jeżeli by do niej doszło, to będziemy patrzeć jaka jest sytuacja życiowa, dowodowa tych ludzi - powiedział Krzysztof Nowak, prawnik wojewody śląskiego.

- Jeżeli sąd uważa, że nic się nie stało, że dzieci się zamienia i może tak być, to w ogóle nie róbmy żadnych znaczników noworodków. Jak komu dziecko się trafi, byle się chowało zdrowe - podsumował pan Marek.

 

"Interwencja"