"Burza była bardzo gwałtowna, ciężko było zareagować". Rzecznik łódzkiego ZHR o tragedii w Suszku

Polska

Wskutek nawałnicy, jaka przeszła w nocy z piątku na sobotę nad obozem harcerskim w Suszku (Pomorskie), zginęły dwie młode harcerki, a 37 osób zostało rannych. - Poszkodowanym pomagają psycholodzy - mówił na antenie Polsat News Grzegorz Bielawski, rzecznik prasowy okręgu łódzkiego Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej.

- Psycholodzy mieli wczoraj dużo pracy - powiedział rzecznik w programie "Nowy Dzień z Polsat News". - Zapotrzebowanie na taką pomoc jest duże - dodał.

 

"Ewakuacja była bardzo nagła"

 

Bielawski poinformował, że na miejscu tragedii aktualnie zabezpieczane są rzeczy uczestników obozu. Harcerze i rodziny poszkodowanych zbierają porozrzucany sprzęt.

 

- Ewakuacja była bardzo nagła, uczestnicy nie zdążyli nic ze sobą zabrać - podkreślił Bielawski. Dodał, że harcerzom z Łodzi pomagają ośrodki ZHR z całej Polski, a także policja i "inne instytucje".

 

Rzecznik zapewnił, że po miesięcznej żałobie harcerze będą starali się powrócić do normalności. - Wiem, że to będzie bardzo trudne i nie do wykonania w najbliższym czasie.

 

Na pytanie Beaty Cholewińskiej o procedury, według których harcerze postępują w sytuacjach kryzysowych, Bielawski przywołał instrukcję sporządzoną w 2012 roku.

 

- Wszyscy wychowawcy, cała kadra, uczestnicy są przeszkoleni na taki wypadek. Ta burza była bardzo gwałtowna i ciężko było zareagować - podsumował rzecznik ZHR.

 

12 osób w szpitalach

 

Na obozie przebywało 140 dzieci i 30 opiekunów. Wyjazd miał trwać trzy tygodnie i zakończyć się 16 sierpnia.

 

W szpitalach wciąż przebywa 12 dzieci. Dwie dziewczynki, które zginęły miały 13 i 14 lat. 

 

Polsat News, polsatnews.pl

bas/luq/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze