Jak poinformował po południu w sobotę Michał Bogusiak z biura prasowego wojewody łódzkiego, na obozie harcerzy z łódzkiego okręgu ZHR było łącznie 155 osób: 139 dzieci, 16 osób z kadry obozu, w tym siedmiu dorosłych wychowawców.

 

Rannym w wyniku nawałnicy udzielono pomocy medycznej w dziewięciu szpitalach - Starogardzie Gdańskim, Chojnicach, Człuchowie, Bydgoszczy, Kościerzynie, Tucholi, Więcborku, Słupsku i Pile. Według informacji przekazanej przez urząd wojewody łódzkiego, w przypadku rannych chodzi głównie o obtarcia czy podrapania, ale odnotowano również pęknięcie kości czaszki i złamanie uda.

 

Pomoc psychologów

 

Uczestników obozu, którzy nie wymagali pomocy medycznej, ewakuowano do Szkoły Podstawowej w miejscowości Nowa Cerkiew. Na miejscu pracują psycholodzy, którzy udzielają wsparcia dzieciom i rodzicom. W sobotę planowany jest ich powrót do Łodzi. Transport zapewnił wojewoda łódzki. Większość harcerzy zabiorą do domów rodzice. Do godz. 14.30 ok. 20 uczestników obozu już wyjechało z rodzicami.

 

Na miejscu jest wojewoda Zbigniew Rau i dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego Krzysztof Janecki.

 

Wiadomo, że zginęły dwie harcerki w wieku 13 i 14 lat. Przynajmniej jedną z nich przygniotło drzewo, które upadło na namiot.

 

Wyrazy współczucia rodzinom harcerzy przekazała prezydent Łodzi Hanna Zdanowska. Zapewniła, że miasto udzieli im wszelkiej pomocy. Z kolei rzeczniczka marszałka województwa łódzkiego Joanna Blewąska poinformowała, że łódzkie i wojewódzkie szpitale są gotowe do przyjęcia wszystkich, którzy będą potrzebowali pomocy medycznej oraz wsparcia psychologicznego.

 

Odcięci od świata

 

Nawałnica pojawiła się nad namiotami harcerzy w nocy z piątku na sobotę. Wiatr był tak silny, że powalił dziesiątki okolicznych drzew, odcinając obóz od świata. Harcerze wyjechali na trzy tygodnie. 16 sierpnia mieli wracać.

 

Jak mówiła matka jednej z uczestniczek, która kilka dni temu odwiedziła córkę, obóz był usytuowany w leśnej głuszy, do której nawet przed nawałnicą trudno było dojechać. Były ustawione namioty, a harcerze sami wybudowali ich wyposażanie. Kobieta dodała, że jej córka jest bezpieczna, została ewakuowana z obozu.


Przewodniczący Okręgu Łódzkiego ZHR Adam Kralisz powiedział, że przyjechał na miejsce zdarzenia w sobotę nad ranem, jak tylko dostał informację o tym, co stało się w Suszku.

 

- Wczoraj o godzinie 22.50 przeszła nagła nawałnica, bardzo duży wiatr, burza, która praktycznie od razu z miejsca zaczęła wyrywać drzewa (...); tutaj nie ma połowy lasu generalnie, te drzewa zaczęły się przewracać na namioty, została zarządzona szybka ewakuacja, ona była w bardzo trudnych warunkach, bo odbywała się pomiędzy spadającymi drzewami - opisywał piątkowe wydarzenia Kralisz.

 

- Teren lasu jest tak wielki i zniszczony, że tutaj w ogóle jakiekolwiek służby, w tym my, nie mogliśmy dotrzeć; do tej pory w zasadzie tylko od jednej strony samochodami terenowymi jest wjazd - dodał w sobotę rano, zaznaczając, że skala zniszczeń to kilkadziesiąt hektarów.

 

"Jakby się przez dżunglę amazońską przedzierać"

 

- Musieliśmy przedzierać się (przez) około między trzy a sześć kilometrów przez las, zwalone drzewa, to nie jest porównywalne z niczym, to tak, jakby się przez dżunglę amazońską przedzierać - opisywał.

 

- Służby dopiero dotarły nad ranem, ok. godz. 4, najpierw przez jezioro jakimiś łódkami, a potem dopiero samochodami terenowymi i potem uczestników tutaj zwozili tymi samochodami do punktu zbiorczego - mówił. Dodał, że pierwsza na miejsca dotarła straż pożarna, a później policja.

 

W związku z tragicznymi wydarzeniami na obozie harcerskim w Suszku w Pomorskiem, wojewoda łódzki powołał sztab kryzysowy. Uruchomiono też specjalną infolinię (42 664 10 53), pod którą można uzyskać informacje.

 

PAP