Przeprosiny mają mieć formę listu. Jednocześnie sąd oddalił żądanie 10 tys. zł zadośćuczynienia, którego żądał powód - dziś 48-letni Marek Mielewczyk (zgodził się podanie nazwiska). Pieniądze te miały trafić na konto fundacji "Nie lękajcie się", którą założył.

 

Organizacja opiekuje się ponad setką skrzywdzonych oferując im pomoc prawną. Z samych Kartuz zgłosiło się do fundacji kilkanaście osób, które miał molestować Andrzej S.

 

Z uwagi na to, że proces miał charakter niejawny, sąd zrezygnował z ustnego uzasadnienia wyroku.

 

Oprócz Andrzeja S. Mielewczyk pozwał do sądu także kartuską parafię oraz Diecezję Pelplińską. Nikt z pozwanych nie stawił się na ogłoszeniu wyroku - nie wiadomo więc czy będzie apelacja.

 

Mielewczyk powiedział dziennikarzom, że jest zadowolony z decyzji sądu.

 

- Mam jedynie żal do strony Kościoła, że przez cały okres trwania procesu nie odezwała się do mnie jako osoby pokrzywdzonej z jakąkolwiek pomocą o charakterze prawnym czy psychologicznym. Trudne jest także to, że ksiądz nadal, mimo, że został wydalony ze stanu kapłańskiego w 2016 r. uczestniczy w kościelnych ceremoniach. Mam wielki żal, że nie potrafią upilnować swojego podwładnego mimo hierarchicznej zależności w Kościele - dodał powód.

 

Jego zdaniem, wyrok sądu oznacza "potwierdzenie tego, co się działo w parafii w Kartuzach". "Ksiądz krzywdził wielu chłopaków i Kościół na to nie reagował. Kościół jako instytucja, biskup, wiedział o tym, ponieważ przekazaliśmy list jako dowód w tej sprawie" - wyjaśnił.

 

Zarzucane czyny uległy przedawnieniu

 

- Jest to pewne otwarcie drogi dla innych osób, które zostały pokrzywdzone, a działo się to bardzo dawno i ściganie karne nie jest już możliwe. Teraz na pewno będzie łatwiej moim kolegom i znajomym, którzy się zgłosili do mnie po rozpoczęciu tego procesu mówiąc, że ich to samo spotkało - ocenił Mielewczyk.

 

Proces, jaki Mielewczyk wytoczył byłemu duchownemu, 65-letniemu dziś Andrzejowi S., ruszył przed Sądem Okręgowym w Gdańsku dwa lata temu. Mężczyzna mówił wówczas dziennikarzom, że zdecydował się na proces cywilny, bo postępowanie karne w tej sprawie nie było już możliwe: czyny, jakie zarzucał b. księdzu, uległy przedawnieniu.

 

Mielewczyk wyjaśniał, że dopiero po latach - gdy m.in. rozpadło się jego małżeństwo, zdał sobie sprawę z tego, jak silnie zdarzenia z przeszłości wpłynęły na jego psychikę i życie. Zwlekał też wytoczeniem sprawy w sądzie z uwagi na dobro swych dorosłych już dzieci.

 

W toku procesu Mielewczyk opowiadał przed sądem o zdarzeniach, do których miało dojść, gdy miał 13 lat. - Podczas spowiedzi ksiądz Andrzej S. zaprosił mnie na plebanię, gdzie zostałem wykorzystany po raz pierwszy - mówił.

 

- Rok później ten sam duchowny został w naszej parafii katechetą. Kazał mi zostawać po katechezach i zabierał do biura parafialnego. Najpierw pomagałem mu w pracach biurowych, a potem byłem wykorzystywany, często w brutalny i perwersyjny sposób. Przez cztery lata dochodziło do tego wielokrotnie. W nagrodę ks. Andrzej S. wyznaczał mnie do noszenia na procesjach krzyża albo figur Chrystusa - relacjonował w sądzie Mielewczyk.

 

PAP