Pan Józef S. miał 53 lata. Mieszkał w Cząstkowie, małej wsi w pobliżu Warszawy. Miał żonę oraz dwóch synów. Pracował jako spawacz.


- Nie był dla nikogo groźny. Normalny, spokojny człowiek. Tylko jak się napił, to chodził i gadał sam do siebie – mówi znajomy Józefa S.

 

Policjanci widzieli go jako ostatni


Jest 27 czerwca 2006 roku. Około godziny 18  pan Józef postanawia pójść do sklepu napić się piwa. Jest piękny, gorący dzień. Sąsiedzi mają szeroko pootwierane okna. Mimo to, nikt nie widzi ani nie słyszy tego, co dzieje się później.


- W pobliżu komisariatu spożywał alkohol i został ukarany mandatem karnym przez funkcjonariuszy policji, którzy widzieli go  jako ostatni  - mówi Emilia Krystek z Prokuratury Rejonowej  w Nowym Dworze Mazowieckim.


- Wiemy, że później poszedł w kierunku miejscowości Łomna i w tym momencie nie wiadomo, co się z nim działo – mówi Marek Kozubal, dziennikarz  "Rzeczpospolitej".

 

"Wydaje mi się, że ciało to było podrzucone"


Zwłoki pana Józefa odnalezione zostają około 4 rano. Leżą między dwoma domami, w centrum wsi, naprzeciwko wejścia do sklepu. Mężczyzna ma odciętą głowę. Morderca amputuje mu też genitalia. Potem porzuca ciało tak, jakby chciał przekazać światu wiadomość.


- Według biegłych głowa została oddzielona już po zatrzymaniu krążenia, podobnie jak i po zatrzymaniu krążenia zostały odcięte genitalia – mówi Emilia Krystek z Prokuratury Rejonowej  w Nowym Dworze Mazowieckim.


- Wydaje mi się, że ciało to było podrzucone. On gdzie indziej był zamordowany. Tu za mało krwi było. A jednak, jak kogoś mordują, to krwi jest jednak sporo – mówi żona zamordowanego Józefa S.


- Policja szukała narzędzia zbrodni, głowy szukali gdzieś po łąkach – mówi znajomy zamordowanego Józefa S.

 

Pedofil mieszkał niedaleko Józefa S.


W 2008 roku w sprawie śmierci pana Józefa następuje niespodziewany zwrot. Jeden ze śledczych odkrywa potencjalny motyw zabójstwa. Okazuje się, że w czasie, kiedy doszło do zbrodni, z więzienia wypuszczono groźnego pedofila - mordercę. Mieszkał niedaleko pana Józefa. Nosił też to samo nazwisko, choć nie byli rodziną.


- Człowiek - potwór dla mnie. Dopuścił się potwornej zbrodni na bezbronnej, sześcioletniej dziewczynce, to jeszcze była końcówka lat siedemdziesiątych – mówi Emilia Krystek z Prokuratury Rejonowej  w Nowym Dworze Mazowieckim.


- Wtedy w lesie w Warszawie zostały znalezione zwłoki 6-letniej Izy.  Dziewczynka została przed śmiercią zgwałcona – mówi Marek Kozubal, dziennikarz "Rzeczpospolitej".

 

"Kilkadziesiąt pochwał od dyrekcji zakładu karnego"


- Był mordercą, był seryjnym pedofilem. Manipulując dziećmi, udając na przykład milicjanta, udając fotografa, pozyskiwał sympatię dzieci. Dokonywał gwałtów, groził tym dzieciom pozbawieniem życia – mówi Łukasz Wroński z Centrum Psychologii Kryminalnej.


- Robił wszystko, aby być człowiekiem wzorowo zachowującym się w zakładzie karnym. To zostało docenione. Dostał kilkadziesiąt pochwał od dyrekcji zakładu karnego i skutkowało to tym, że wyszedł o 10 lat wcześniej. Nie zmienił się. Został zatrzymany przez policję 3 lata później za dokonanie napadu na dziewczynkę w miejscowości, która znajduje się w okolicach Kielc - mówi Marek Kozubal, dziennikarz "Rzeczpospolitej".


W trakcie śledztwa okazało się, że Stanisław S. od dłuższego czasu mógł już być obserwowany. W tym samym więzieniu co on, wyrok odsiadywało bowiem dwóch braci jednej ze zgwałconych prze niego dziewczynek. Oficjalnie mężczyźni nie mieli żadnego kontaktu z dawnym oprawcą. W rzeczywistości było jednak zupełnie inaczej.

 

"Oby stało się tak, że go złapią, jak będę żyła"


- Nagle dowiaduję się, że ten człowiek pracuje na łaźni. Nie wytrzymałem, wpadłem tam do niego i zbombardowałem go strasznie. On tam wpadł między takie stoły. W życiu bym nie pomyślał, że może być taki zbieg okoliczności, że to może być ten człowiek. Ja tego nie zrobiłem, bo na pewno w życiu nie darowałbym sobie takiej pomyłki – mówi brat jednej z ofiar Stanisława S.


Śledztwo w sprawie zabójstwa pana Józefa zostało umorzone. Niebawem ponownie przeanalizować je mają policjanci z tak zwanego Archiwum X. Na schwytanie mordercy mają jeszcze prawie 30 lat. Na razie nic nie wskazuje jednak, aby miał tu nastąpić długo wyczekiwany przełom.


- To jest sprawa, która jeszcze nie znalazła swojego finału. Nie doszliśmy jeszcze do mety, a jak nie doszliśmy, to mamy jeszcze kawałek drogi do przebycia -  mówi Emilia Krystek z Prokuratury Rejonowej  w Nowym Dworze Mazowieckim.


- Oby stało się tak, że go złapią, jak będę żyła, żebym się doczekała tego – mówi żona zamordowanego Józefa S.

 

Interwencja