Media podkreślają, że skutki "potrójnej katastrofy", jak zwykło się nazywać w Japonii trzęsienie ziemi, tsunami oraz uszkodzenie elektrowni atomowej w Fukushimie, są wciąż obecne w społeczeństwie. W wyniku katastrofy około 18,5 tys. osób poniosło śmierć i nie zostało odnalezionych. Około 150 tys. mieszkańców musiało opuścić swoje domy w wyniku zniszczeń oraz obaw przed promieniowaniem.

 

Pierwszy proces

 

Na ławie oskarżonych zasiedli: były prezes TEPCO (Tokyo Electric Power Co.) Tsunehisa Katsumata oraz jego dwaj zastępcy Sakae Muto i Ichiro Takekuro. To pierwszy i jak dotąd jedyny proces karny w sprawie wypadków w elektrowni. Prezesi nie przyznają się do winy ani stawianych im zarzutów - m.in. do doprowadzenia do szeregu zaniedbań, których konsekwencje przełożyły się na wypadki z marca 2011 roku oraz do błędów związanych z ewakuacją szpitala nieopodal elektrowni, podczas której kilkoro pacjentów zmarło i zostało rannych. Oskarżonym grozi do pięciu lat więzienia lub grzywna w wysokości miliona jenów (ok. 33 tys. zł).

 

Dotychczas już dwukrotnie chciano doprowadzić do rozpoczęcia procesu karnego byłego kierownictwa TEPCO, operatora elektrowni w Fukushimie, jednak za każdym razem prokuratura oddalała wnioski ze względu na niewielkie szanse na powodzenie rozprawy. W lipcu 2015 roku panel złożony z 11 przedstawicieli społeczności stwierdził, że trzech dyrektorów trzeba postawić przed sądem. Skorzystano wówczas z rzadko stosowanego w japońskim prawie mechanizmu, na podstawie którego w wyjątkowych okolicznościach obywatele mogą zrewidować decyzje prokuratury.

 

"Błąd ludzki"

 

Na czele organizacji Fukushima Nuclear Disaster Plaintiffs Group (Grupa Pozywających za Katastrofę Nuklearną w Fukushimie) stoi Ruiko Muto. Grupa reprezentuje interesy 15 tys. osób poszkodowanych w wyniku tragedii. - Od wypadku nikt nie został uznany za winnego, ani jasno nie określono, co się wydarzyło - twierdzi Muto, nawiązując do faktu, iż jedynym oficjalnym komentarzem w sprawie wydarzeń w Fukushimie był parlamentarny raport zaprezentowany rok po katastrofie. Stwierdzono w nim, że katastrofa była błędem ludzkim wynikającym ze specyfiki japońskiej kultury wymagającej bezrefleksyjnego posłuszeństwa wobec przełożonych.

 

Punktem, który budzi największe emocje i wątpliwości co do jakości całego procesu, jest sam akt oskarżenia. Ponieważ w czasie katastrofy w samej elektrowni nie zginęła ani jedna osoba, głównym zarzutem wobec kierownictwa jest śmierć 40 pacjentów podczas wspomnianej ewakuacji pobliskiego szpitala. Co więcej, media podkreślają, że ewakuowani byli już w momencie przeprowadzania akcji śmiertelnie chorzy, ale ich stan gwałtownie pogorszył się ze względu na pośpiech i zaniedbania podczas przenosin.

 

"Nie ponoszę karnej odpowiedzialności"

 

Były prezes Katsumata przeprosił przed sądem mieszkańców terenów dotkniętych katastrofą i jej skutkami mówiąc: "Wierzę, że nie ponoszę karnej odpowiedzialności w tej sprawie". Według wcześniejszych ustaleń prokuratury kierownictwo TEPCO ignorowało doniesienia o nieprawidłowościach w procedurach bezpieczeństwa w elektrowni. Oskarżeni twierdzili w piątek, iż nikt nie był w stanie przewidzieć tak ogromnych wstrząsów i ich wpływu na stan elektrowni. "Przepraszam za spowodowanie poważnego wypadku. Nie można go było przewidzieć" - powiedział przed sądem były prezes.

 

Prokuratura uważa, że kierownictwo zignorowało wnioski z symulacji wstrząsów o podobnej sile do tych z 2011 roku, którą przeprowadzono w Fukushimie trzy lata wcześniej. Stwierdzono wówczas, iż elektrownia może zostać zalana przez tsunami wyższe niż 10 metrów, a wysokość fali przy hipotetycznym trzęsieniu ziemi o magnitudzie ocenianej na 8 określono na 15,7 metrów. Fala z 11 marca 2011 roku osiągnęła 14 metrów. Te informacje miały trafić do obu wiceprezesów oraz "bardzo prawdopodobnie" zostać przedstawione prezesowi w czerwcu 2009 roku. Katsumata twierdzi, że nie przypomina sobie, by przedstawiano mu takie wnioski. Przed rozpoczęciem obecnego procesu prokuratura uważała, iż nawet gdyby koncern wprowadził zabezpieczenia sugerowane przez symulację z 2008 roku, nie sposób byłoby uniknąć katastrofy trzy lata później.

 

PAP