Adam Bodo z rodziną do niedawna mieszkał w Potulińcu koło Gryfic. Zajmował tam połowę stuletniego domu. W drugiej, identycznej części budynku zamieszkiwała rodzina K. Z sąsiadami zza ściany przez lata nie dochodziło do konfliktów. Do czasu, kiedy wprowadził się wnuk sąsiadów, 27-letni Karol K.

 

- Zaczęło się od ogniska: rozpalili, grillowali sobie. Mąż zwrócił im uwagę, bo oponę, czy coś wrzucili i sadza poszła na pranie - opowiadała reporterowi "Interwencji" Dorota Bodo.

 

Karol K. postanowił wyremontować i ocieplić swoją część budynku, jednak zamiast tego 26 kwietnia połowa budynku została zrównana z ziemią. Kilka dni później ściany pozostałej części budynku zaczęły gwałtownie pękać, a podłoga się zapadać.

 

- Był stuletni dom i został rozcięty na pół. Naruszyli naszą połowę. Myślę, że zrobił to złośliwie. Teraz dom może w każdej chwili się zawalić - twierdzi Kamil Bodo, syn Adama Bodo.

 

Natychmiastowa decyzja o zakwaterowaniu

 

Rodzina natychmiast zawiadomiła powiatowy nadzór budowlany w Gryficach. Inspektorzy zatelefonowali do kierownika budowy i dowiedzieli się, że podczas prac przy ociepleniu budynku pojawiły się jedynie pęknięcia. Kiedy pojechali na miejsce, przecierali oczy ze zdumienia. Dziś twierdzą, że kierownik budowy ich okłamał.

 

- Przekazał mi informację, która okazała się nieprawdziwa. Stwierdziliśmy, że budynek w połowie został rozebrany. Pozostała część budynku została zniszczona, spękana. Podjąłem natychmiastową decyzję o wykwaterowaniu mieszkańców budynku - poinformował Janusz Zaryczański, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Gryficach.

 

Wilgoć i grzyb na ścianach

 

- Rodzina wymagała pomocy, natomiast. To wszystko kwalifikuje się do pewnych postępowań, nawet i prokuratorskich. Sąsiad postąpił nie fair - ocenił Franciszek Gródecki z Urzędu Gminy Płoty.


Rodzina została zakwaterowana przez urząd gminy w lokalu zastępczym. Państwo Bodo w jednym pokoju trzymają swoje rzeczy, a w drugim nocują. Nawet w czasie upałów panuje chłód, a z powodu wilgoci na ścianach pojawił się grzyb.

 

- Nie da się tam mieszkać. Dogrzewamy pomieszczenie kuchenką elektryczną, żeby funkcjonować - mówił Adam Bodo.

 

"Nie mają problemów, mieszkają teraz na czyimś garnuszku"

 

Reporter "Interwencji" próbował porozmawiać z Karolem K., ale okazało się, że mężczyzna wyjechał  i nie wiadomo, kiedy wróci do domu. Udało nam porozmawiać z jego rodzicami.

 

- Po co to nagrywać i robić sensację, której nie ma. Ten, który was przysyła, żeruje na nas. Oni nie mają problemów, bo mieszkają sobie teraz na czyimś garnuszku - przekazało małżeństwo K.

 

"Budował swoje, a zrujnował nasze"

 

W trakcie rozmowy ojciec Karola K. zatelefonował do syna. Mężczyzna twierdzi, że winę za rozebranie połowy domu ponosi kierownik budowy.

 

- To on podjął taką decyzję, ja im przekazałem teren i kierownik budowy jest odpowiedzialny - powiedział Karol K.

 

- W praktyce jest mało prawdopodobne, że inwestor nie wiedział, co się dzieje z jego budowlą - uważa jednak Janusz Zaryczański, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Gryficach.

 

- Nie możemy dalej spokojnie mieszkać. Budował swoje, a zrujnował nasze - podsumował Adam Bodo.

 

"Interwencja"