Szef policji, który był gościem w TVN24 poinformował, że materiały filmowe z wrocławskiego komisariatu, gdzie w maju 2016 r. zmarł 25-letni mężczyzna zostały "niezwłocznie" przekazane do prokuratury - i on sam ich nie znał aż do emisji materiału w telewizji. Jak mówił, to zdarzenie jest najdramatyczniejszym w jego policyjnej karierze. Ocenił, że podobna sytuacja nie miała prawa się wydarzyć - szczególnie na komisariacie.

 

Pytany o nadzór nad postępowaniem dyscyplinarnym wobec policjanta szef policji powiedział, że nadzór był wdrożony przez policyjne Biuro Kontroli. - Dzisiaj ten nadzór, w mojej ocenie, okazuje się, że pozostawiał również wiele do życzenia - powiedział Szymczyk.

 

- Prowadzący postępowanie dyscyplinarne, które zostało wszczęte niezwłocznie na moje polecenie, prowadzący to postępowanie trzykrotnie zwracał się do prokuratury z prośbą o przekazanie tego materiału filmowego. Tego materiału nie uzyskał i oparł się na tym definiując potrzebę zawieszenia tego postępowania dyscyplinarnego - dodał.

 

"Nie ma przyzwolenia na łamanie prawa w policyjnym mundurze"

 

Szef policji poinformował, że dopiero w prokuraturze wyszło na jaw, że zapis z kamer wewnątrz komisariatu nie był rejestrowany - ponieważ monitoring był uszkodzony. - To trwało to od około dwóch tygodni i nikt tego nie zgłosił - dodał.

 

Komendant pytany czy wiedział o tym, że w toalecie komisariatu, gdzie Stachowiak był rażony taserem, byli policjanci, którzy przyglądali się jak jeden z funkcjonariuszy traktuje mężczyznę i nie ponieśli konsekwencji, odparł: "Z informacji, które otrzymałem, które były w sprawozdaniu, nie wynikało, aby w toalecie było więcej funkcjonariuszy niż ten jeden, który użył paralizatora".

 

Zapewnił, że również ten wątek jest w tej chwili "bardzo wnikliwie wyjaśniany". - Gwarantuję, że tą sprawę w tych obszarach wyjaśnimy bardzo dokładnie. Nie ma przyzwolenia na łamanie prawa w policyjnym mundurze - zadeklarował.

 

Pytany czy wiedział o tym, że szef komisariatu, na którym umarł 25-latek, miesiąc później dostał awans na zastępcę komendanta miejskiego we Wrocławiu, Szymczyk odparł, że była to decyzja komendant wojewódzkiego. - Komendant wojewódzki policji powinien był informować o tym, że takiemu człowiekowi powierza takie zadanie - podkreślił Szymczyk dodając, że nie wiedział o tym fakcie.

 

"Poddaję się ocenie"

 

Pytany o ewentualną swoją dymisję szef KGP powiedział, że "jego los jest w rękach ministra spraw wewnętrznych i premier". - Poddaję się ich ocenie. Jeśli takie decyzje zapadną, oczywiście się im podporządkuję - dodał.

 

25-letni Igor Stachowiak został zatrzymany w maju 2016 r. na wrocławskim rynku; policja poszukiwała go za oszustwa. Według funkcjonariuszy, mężczyzna był agresywny i dlatego musieli użyć paralizatora. Po przewiezieniu na komisariat mężczyzna stracił przytomność i pomimo reanimacji zmarł. Według pierwszej opinii lekarza, przyczyną śmierci była ostra niewydolność krążeniowo-oddechowa.

 

Sprawę śmierci mężczyzny od roku bada poznańska Prokuratura Okręgowa. Jak powiedział w poniedziałek szef Prokuratury Regionalnej w Poznaniu Rafał Maćkowiak, w śledztwie tym niewykluczone są zarzuty znęcania się nad pozbawionym wolności dla policjantów.

 

W związku z wydarzeniami sprzed roku, szef MSWiA odwołał w poniedziałek komendanta dolnośląskiej policji, jego zastępcę ds. prewencji oraz komendant miejskiego we Wrocławiu. W niedzielę z kolei rzecznik KGP insp. Mariusz Ciarka informował, że trwa procedura zwolnienia policjanta, który użył na komisariacie paralizatora wobec Stachowiaka.

 

W środę w Sejmie ministrowie sprawiedliwości oraz spraw wewnętrznych i administracji przedstawią informację ws. śmierci Stachowiaka.

 

PAP