- Ja też nie dowiedziałam się, co mi było - relacjonuje Anna Watembowska, która w listopadzie 2016 r. trafiła do szpitala w Port Ghalib.


Kobieta podczas pobytu na wakacjach w regionie Marsa Alam źle się poczuła. W szpitalu poinformowano, że mogła się zatruć.


Jak podkreśliła, największym problemem jest bariera językowa. - Nie jesteśmy w stanie się dogadać. Nie wiemy, co się dzieje. Pielęgniarki, jest parę kobiet, ale większość to mężczyźni - powiedziała pani Anna.


"Duże obciążenie psychiczne"


Zaznaczyła, że dotkliwym problemem jest brak wsparcia. - To miejsce, to, że była (Magda Żuk - red.) tam sama, nie miała wsparcia żadnego, nawet rezydenta z hotelu, który mógłby porozmawiać, wytłumaczyć jej cokolwiek, to jest duże obciążenie psychiczne i wielki stres - dodała.


Zgodził się z nią jej partner Łukasz Tomaszewski.

 

- Tam zdecydowanie zabrakło polskiego rezydenta, opieki z polskiej strony. Kogoś, kto by tę młodą dziewczynę wziął za rękę i powiedział: Magda, uspokój się, będzie dobrze - podkreślił.


"Musiała włożyć dużo siły, żeby wyskoczyć"


Jak relacjonował Tomaszewski, "dokładnie pamięta widok" z okna, przez które wyskoczyła Magdalena Żuk, bo znajduje się ono w tym samym pokoju, w którym przebywała pani Anna.


- Przez to okno ciężko byłoby wyskoczyć. To zastanawiające, jak to się stało. Ta dziewczyna musiała włożyć dużo siły i woli w to, żeby jej się udało przez nie wyskoczyć - dodał.


Powiedział, że z okna było widać także meczet, "z którego co jakiś czas dobiegają modlitwy muezzina, które mogą napędzać spiralę strachu, niepokoju, lęku".

 

Polsat News, polsatnews.pl