Spór na linii MON - PO dotyczy przetargu na Caracale. Gdy w połowie kwietnia były szefa podkomisji smoleńskiej MON Wacław Berczyński ujawnił: To ja wykończyłem Caracale, opozycja zażądała wszczęcia postępowania w tej sprawie.
 
Czytali akta w ministerstwie
 
W piątek pięcioro posłów PO w siedzibie MON zapoznało się z dokumentami z postępowania na śmigłowce, w którym poprzedni rząd wskazał maszyny H225M Caracal produkcji Airbus Helicopters.
 
Po wizycie politycy PO poinformowali, że do akt związanych z postępowaniem od stycznia do września 2016 r. mieli dostęp: dr Wacław Berczyński, Kazimierz Nowaczyk i Bartłomiej Misiewicz - osoby, które nie zostały zweryfikowane przez polskie służby specjalne i nie miały certyfikatów bezpieczeństwa. To dlatego PO zwróciło się do ministra Ziobry o zajęcie się z urzędu tą sprawą w ciągu 48 godzin.
 

MON zapowiedziało w poniedziałek, że jeśli PO zawiadomi prokuraturę ws. rzekomego przekroczenia uprawnień przez szefa resortu obrony - w związku z ujawnieniem tajemnic wojska - ministerstwo złoży wniosek o ściganie posłów PO za złożenie fałszywego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa.

 

"Decyzja szefa MON"

 

Wiceszef MON powtórzył na wtorkowej konferencji w Sejmie, że przewodniczący podkomisji smoleńskiej Wacław Berczyński, jego zastępca Kazimierz Nowaczyk i b. szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej Misiewicz mieli poświadczenie bezpieczeństwa lub uzyskali dostęp na podstawie zgodnej z ustawą decyzji szefa MON.

 

Zapowiedź PO Dworczyk uznał za "przejaw wyjątkowego cynizmu i hipokryzji", argumentując, że ministrowie Bogdan Klich i Tomasz Siemoniak też wydawali czasowe upoważnienia.

 

- Pomimo wyjaśnień parlamentarzyści PO, zarówno w piątek, jak również w poniedziałek, wprowadzili Polaków w błąd, twierdząc, że osoby, które miały dostęp do archiwalnej dokumentacji związanej z postępowaniem na śmigłowce wielozadaniowe dla Wojska Polskiego, nie miały stosownych uprawnień - powiedział.

 

Poświadczenie SKW z marca 2017 r.

 

Wiceszef MON przedstawił poświadczenie bezpieczeństwa dot. Berczyńskiego wydane przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. - Zostało wydane 21 marca 2017 r.

 

Dworczyk poinformował, że Berczyński wcześniej zapoznawał się z tajną dokumentacją na podstawie upoważnienia ministra obrony narodowej.

 

Upoważnienie to powołuje się na ustawę o ochronie informacji niejawnych z 5 sierpnia 2010 roku. - Przypominam - nie jest to ustawa pisana przez Prawo i Sprawiedliwość. W 2010 roku większość parlamentarną posiadała PO - podkreślił Dworczyk.

 

"Upoważnienie ministra wydane z naruszeniem ustawy"

 

Marcin Kierwiński (PO) przekonywał na późniejszej konferencji w Sejmie, że Dworczyk nie "doczytał" ustawy o dostępie do informacji niejawnych. - Nie wiem, czy dlatego, żeby wprowadzić w błąd opinię publiczną, czy może jest to wyraz (jego) niekompetencji - zaznaczył.

 

Przytoczył art. 4. ustawy o dostępie do informacji niejawnych, który stanowi, że "informacje niejawne mogą być udostępnione wyłącznie osobie dającej rękojmię zachowania tajemnicy i tylko w zakresie niezbędnym do wykonywania przez nią pracy lub pełnienia służby na zajmowanym stanowisku albo wykonywania czynności zleconych". - Nie jest tak, że każda osoba, która ma dostęp do informacji niejawnych, może zażądać każdych dokumentów niejawnych - podkreślił poseł PO. 

 

Jak wyjaśnił, on sam ma wszystkie wymagane certyfikaty, co nie oznacza, że może iść np. do ministerstwa infrastruktury i poprosić o dokumentację na przetarg. - Przepis mówi jasno, że ma to być związane z wykonywaniem czynności służbowych, nie ma powodów, aby Berczyński miał dostęp do dokumentacji przetargowej w sprawie Caracali - podkreślił poseł PO.

 

Kierwiński powiedział też, że według wiedzy posłów PO, Berczyński, Nowaczyk i Misiewicz, nie mieli wymaganych certyfikatów bezpieczeństwa, w momencie, gdy przeglądali dokumentację przetargową. Jak ocenił, te osoby miały jedynie upoważnienie ministra, które - według PO - zostało wydane z naruszeniem art. 4. ustawy o dostępie do informacji niejawnych.

 

Kontraktu nie podpisano

 

Przetarg na wielozadaniowe śmigłowce dla wojska rozpisano wiosną 2012 r. W kwietniu 2015 r. MON wstępnie wybrało ofertę europejskiej grupy Airbus Helicopters.

 

Protestowały wtedy będące wówczas w opozycji PiS i związki zawodowe działające w zakładach w Mielcu i Świdniku, które również startowały w przetargu.

 

We wrześniu 2015 r. rozpoczęły się negocjacje umowy offsetowej, której podpisanie było warunkiem zawarcia kontraktu. Kontraktu nie podpisano - na początku października 2016 r. Ministerstwo Rozwoju, które negocjowało offset, uznało dalsze rozmowy za bezprzedmiotowe. Według rządu PiS, oferta nie odpowiadała interesom ekonomicznym i bezpieczeństwa Polski, a wartość proponowanego offsetu była niższa od oczekiwanej.

 

PAP, Polsat News