- Referendum odbyło się na nierównych zasadach, dwa obozy kampanii nie korzystały z takich samych możliwości - oświadczył szef misji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Cezar Florin Preda. Według niego w przestrzeni publicznej i mediach dominowała kampania na "tak".

 

Niestemplowane karty, furtka dla oszustw

 

- Późne zmiany w procedurze liczenia głosów usunęły ważne zabezpieczenie przed oszustwami - dodał, odnosząc się do decyzji tureckiej komisji wyborczej o zaakceptowaniu nieostemplowanych kart do głosowania.

 

- Ogólnie rzecz biorąc referendum nie spełniło standardów Rady Europy - zauważył Preda, wskazując, że "ramy prawne są niewystarczające", jeśli chodzi o uzyskanie "procesu prawdziwie demokratycznego".

 

Turcja należy do Rady Europy od 1949 roku.

 

Głosowanie w czasie stanu wyjątkowego

 

Przedstawiciel ZPRE zwrócił również uwagę, że referendum zostało zorganizowane w momencie, gdy w Turcji obowiązuje stan wyjątkowy, wprowadzony po nieudanej próbie puczu z 15 lipca zeszłego roku.

 

Wtórowała mu Tana de Zuleta z OBWE, według której decyzja tureckiej komisji wyborczej o uznaniu za ważne głosów, które nie miały oficjalnych stempli, osłabiła istotne zabezpieczenia przed oszustwami wyborczymi - informuje agencja AFP.

 

Jak podaje Associated Press, grupa monitorująca opisała szereg nieprawidłowości w referendum, w tym wypaczoną kampanię na "tak", zastraszanie kampanii na "nie", a także fakt, że pytanie referendalne nie było umieszczone na karcie do głosowania.

 

De Zuleta podkreśliła, że procedury nie były w pełni zgodne z normami, na których przestrzeganie Turcja się zgodziła.


Niemcy CDU kwestionuje plebiscyt

 

Szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu Norbert Roettgen oświadczył w poniedziałek, że kampania przed referendum w Turcji nie była ani wolna, ani fair, więc wynik nie posiada legitymacji prawnej. Polityk wezwał do zawieszenia rozmów akcesyjnych z Ankarą.

 

- Jeżeli partie opozycyjne domagają się skontrolowania głosowania, to powinno ono zostać skontrolowane. Kampania wyborcza nie była ani wolna, ani fair. Dlatego wynik nie ma demokratycznej legitymacji, legitymacji prawa - powiedział Roettgen w rozmowie z agencją dpa.

 

Polityk CDU ocenił, że wynik osiągnięty przez prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana oznacza "odwrócenie się od Europy".

 

- Kontynuowanie negocjacji akcesyjnych z krajem, który wypowiedział się przeciwko fundamentalnym zasadom Europy, a mianowicie praworządności i demokracji, byłoby sprzecznością samą w sobie - wyjaśnił Roettgen. Zdaniem polityka CDU oznaczałoby to "narażenie na poważny szwank demokratycznej i praworządnej wiarygodności Europy".

 

Roettgen podkreślił, że "negocjacje akcesyjne nie powinny być formalnie kontynuowane". - Rozmowy o przyjęciu Turcji do UE powinny zostać bez zwłoki formalnie zawieszone - stwierdził niemiecki chadek. Jego zdaniem w ten sposób zniknie też podstawa do przekazywania przez UE Ankarze pomocy finansowej.

 

Niemiecki rząd "przyjmuje do wiadomości"

 

Rząd Niemiec oświadczył w poniedziałek, że "przyjmuje do wiadomości" wstępny wynik głosowania w referendum w Turcji oraz "respektuje" prawo obywatelek i obywateli Turcji do decyzji o kształcie ich własnej konstytucji.

 

Niewielka różnica pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami zmian pokazuje, "jak mocno podzielone jest tureckie społeczeństwo" - napisano w oświadczeniu podpisanym przez niemiecką kanclerz Angelę Merkel i szefa MSZ Sigmara Gabriela.

 

Ich zdaniem wynik ten oznacza "ogromną odpowiedzialność" dla tureckiego kierownictwa państwowego, a dla prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana - w szczególności. "Rząd niemiecki oczekuje, że rząd turecki po zaciętej kampanii przed referendum podejmie pełen szacunku dialog ze wszystkimi politycznymi i społecznymi siłami kraju" - głosi komunikat.

 

Rząd w Berlinie oświadczył, że przywiązuje szczególną wagę do oceny przebiegu referendum przez obserwatorów OBWE. W oświadczeniu przypomniano, że Michael Link - szef biura OBWE - wyraził w zeszłym tygodniu wątpliwości co do zapewnienia właściwych warunków przebiegu referendum.

 

Rząd Niemiec przypomniał, że Komisja Wenecka Rady Europy wyraziła poważne zastrzeżenia wobec reformy konstytucji. Ankara musi jako członek Rady Europy, OBWE i kandydat do UE przyjąć te zastrzeżenia - zaznaczyli Merkel i Gabriel.

 

Francja przeciwko karze śmierci

 

Nazajutrz po wygranej przez obóz rządzący w Turcji referendum w sprawie zmiany systemu rządów z parlamentarnego na prezydencki kancelaria prezydenta Francji oceniła w swoim oświadczeniu, że "zorganizowanie referendum w sprawie kary śmierci oznaczałoby ewidentnie zerwanie z wartościami oraz zobowiązaniami" powziętymi przez Turcję "w ramach Rady Europy".

 

Paryż "odnotowuje wyniki ogłoszone" po niedzielnym referendum, a także "podawanie w wątpliwość" tych liczb, zauważając, że dane te "pokazują, iż społeczeństwo tureckie jest podzielone w sprawie przewidywanych głębokich reform" w kraju.

 

"Wartości i zobowiązania powzięte w Radzie Europy powinny skłaniać tureckie władze do prowadzenia otwartego i szczerego dialogu ze wszystkimi uczestnikami życia politycznego i społecznego" - wskazała kancelaria prezydenta Francji.

 

W osobnym komunikacie francuskie MSZ sprecyzowało, że Paryż "z uwagą przeanalizuje sprawozdanie końcowe Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) oraz przedstawicieli Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, którzy brali udział w obserwacji tego głosowania" w Turcji.

 

Powołując się na te same "wartości i zobowiązania w Radzie Europy", "wśród których są poszanowanie pluralizmu, podziału władzy i praworządności", MSZ Francji "wzywa również turecki rząd, żeby stosował się do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, której Turcja jest sygnatariuszem i która zakazuje m.in. stosowania kary śmierci".

 

W niedzielę przemawiając do tłumów, jakie zgromadziły się w rodzinnym mieście Erdogana - Stambule, prezydent zapowiedział zainicjowanie "natychmiastowej debaty" nad przywróceniem w kraju kary śmierci. Erdogan nie wykluczył zorganizowania w tej sprawie kolejnego referendum, gdyby miało się to okazać konieczne. W czasie kampanii przed głosowanie wielokrotnie opowiadał się za przywróceniem kary śmierci, jeśli będą tego chcieli Turcy.

 

Moskwa: "szanować wolę obywateli"

 

- Wynik referendum konstytucyjnego to wewnętrzna sprawa Turcji i wszyscy powinni uszanować wolę jej obywateli - powiedział w poniedziałek rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. W niedzielnym głosowaniu w Turcji zwyciężyli zwolennicy systemu prezydenckiego.

 

- Referendum było całkowicie suwerenną sprawą Turcji. Uważamy, że wszyscy powinni uszanować wolę tureckiego narodu - podkreślił Pieskow.

 

Według tureckiej Najwyższej Komisji Wyborczej (YSK) za zmianami w konstytucji opowiedziało się o 1,25 mln więcej głosujących.

 

Komisja zaznaczyła jednocześnie, że do przeliczenia pozostaje jeszcze 600 tys. kart do głosowania. W jej ocenie nie jest to jednak liczba, która zmieniłaby wynik referendum.

 

Turcy: "ocena nie do przyjęcia"

 

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan powiedział w poniedziałek międzynarodowym obserwatorom niedzielnego referendum w jego kraju, by "znali swoje miejsce" po tym, jak skrytykowali oni kampanię i sam plebiscyt za niespełnianie międzynarodowych standardów.

 

Erdogan dodał, że dla Turcji nie jest ważne, czy Unia Europejska zerwie z nią rozmowy na temat członkostwa. Jeszcze na początku kwietnia deklarował wszelako, że po referendum Ankara wróci do kwestii przystąpienia do UE.

 

Szef tureckiego państwa przemawiał w poniedziałek do tłumów wymachujących tureckimi flagami ze schodów pałacu prezydenckiego w Ankarze.

 

Ocena misji monitorującej niedzielne referendum w Turcji o tym, że nie spełniało ono międzynarodowych standardów, jest nie do przyjęcia - oświadczyło w poniedziałek tureckie MSZ, zarzucając obserwatorom, że przy ocenie zabrakło im obiektywizmu i bezstronności.

 

"Mówienie, że referendum było poniżej standardów międzynarodowych jest nie do przyjęcia" - oznajmiło MSZ Turcji. Dodało, że wcześniejsze "motywowane politycznie" komentarze obserwatorów Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) pokazują, iż ekipa obserwatorów przybyła do Turcji z uprzedzeniami i nie zważała na zasady obiektywizmu i bezstronności.

 

USA: zaniepokojenie ekspertów

 

Departament Stanu USA oświadczył w poniedziałek, że odnotował zaniepokojenie międzynarodowych obserwatorów niedzielnym referendum w Turcji.

 

Oznajmił też że poczeka na ostateczny raport w tej sprawie, sugerując, iż do tego czasu wstrzyma się z komentarzem.

 

"Czekamy na końcowy raport OBWE/ODIHR (Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie/ Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka), co - jak rozumiemy - zajmie kilka tygodni" - powiedział rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu Mark Toner.

 

Wygrał system prezydencki

 

W niedzielnym referendum konstytucyjnym w Turcji 51,4 procentami głosów zwyciężyli zwolennicy prezydenckiego system rządów, który zastąpi dotychczasowy system parlamentarny. Było ich o 1,25 mln więcej niż głosujących przeciwko wprowadzaniu zmian - podała Najwyższa Komisja Wyborcza. Ostateczne wyniki referendum w Turcji mają być znane w ciągu 10-11 dni.

 

Według obserwatorów wynik referendum z 16 kwietnia zadecyduje o największej zmianie w systemie politycznym Turcji w nowożytnej historii tego kraju, od czasu gdy przed niemal 100 laty stworzono podwaliny Republiki Turcji.

 

W styczniu turecki parlament przegłosował nowelizację konstytucji, która umożliwia zmianę systemu politycznego w kraju. Nowelizacja ustawy zasadniczej wymagała zatwierdzenia w referendum. Reforma zakłada m.in., że prezydent będzie jednocześnie szefem państwa i rządu, będzie mógł sprawować władzę za pomocą dekretów, a także rozwiązywać parlament. Wzrośnie także jego wpływ na wymiar sprawiedliwości.

 

Sprawowanie urzędu prezydenta nadal będzie ograniczone do dwóch kadencji, ale ich liczenie rozpocznie się na nowo od wyborów zaplanowanych na listopad 2019 roku. Teoretycznie więc dzięki tym zmianom prezydent Erdogan będzie mógł pozostać przy władzy przynajmniej do 2029 roku.

 

PAP