- Z początku byłem niecierpliwy, ale doszło do mnie, że nie jestem w stanie nic zrobić, żeby zdobyć to serce. To nie jest zegarek, który od tak możemy wymienić na nowy. Trzeba być cierpliwym - opowiada reporterce "Interwencji" Karol Maj z Inowrocławia, tata Kacpra.

 

O tym, że chłopiec ma wrodzoną wadę serca, rodzice dowiedzieli się w drugiej dobie jego życia. Po tygodniach spędzonych w szpitalu i dziesiątkach badań Kacper wrócił do domu.

 

- Przez 9 lat żył normalnie. Bawił się, grał w piłkę, brał leki na serce. Wszystko zaczęło się w grudniu 2015 r. W szpitalu w Bydgoszczy okazało się, że to zapalenie mięśnia sercowego - opowiadają rodzice Kacpra.

 

Rodzice mieszkają w szpitalu

 

Terapia nie pomogła. W pewnym momencie chłopca trzeba było przetransportować helikopterem do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

 

- Trafił do nas w sytuacji dramatycznej. Jego serce było tak niewydolne, że jedynym sposobem jego ratowania było podłączenie go do sztucznej komory serca. To oznacza, że jego rodzice żyją i mieszkają u nas w szpitalu – mówi prof. dr hab. n. med. Bohdan Maruszewski z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

 

Kacper czeka na nowe serce, a jego rodzice co tydzień zmieniają się przy jego łóżku. Sytuację komplikuje fakt, że w domu czekają ich pozostałe dzieci: 1,5-roczna Maja, 10-letni Maciek i 14-letnia Ola.

 

"Mówi, że wolałby umrzeć"

 

- Syn ma takie napady. Mówi, że wyrwie sobie te rurki, że wolałby umrzeć, że ma już dosyć tego czekania. Płaczę wtedy. Co będę mu mówiła, że serduszko się znajdzie, jak już tyle razy mu mówiłam i się nie znalazło - rozpacza Kamila Maj.

 

- Jak jeździmy do Warszawy, to dzieci zabieramy ze sobą - tłumaczy Kamila Maj. Choroba Kacpra uniemożliwia podjęcie stałej pracy przez rodziców. Mimo starań, sytuacja finansowa rodziny jest zła.

 

"Pamiętajmy, żeby nie zabierać narządów do grobu"

 

- Biorę wszystko: grabię liście, koszę trawniki, nie boję się żadnej pracy. Staram się to jakoś powiązać, bo trzeba dom utrzymać i mieć na przejazdy, na wszystko - mówi Karol Maj. I apeluje: "pamiętajmy o tym, żeby nie zabierać do grobu narządów, bo one nie przydadzą się ani u góry, ani na dole. Trzeba po prostu ratować ludzkie życie".

 

- To jest szalenie ciężkie doświadczenie dla mamy i taty Kacpra. Gdziekolwiek w Polsce pojawi się dawca, który może rozwiązać problem chłopca, prosimy personel medyczny, żeby pamiętał, że tutaj, przez 15 miesięcy cała rodzina żyje w szpitalu i czeka na to serce - podkreśla prof. Bohdan Maruszewski z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

 

"Interwencja"