Jak dodał, stosunki te podtrzymywane są poprzez spotkania, rozmowy i kontakty, w których rozmówcami są zarówno oficjalni przedstawiciele władzy wykonawczej, jak i deputowani czy organizacje społeczne i działacze. - Tej praktyki nikt nigdy nie kwestionował - podkreślił minister.

 

Wyraził ocenę, że istota zarzutów wobec Kislaka i jego rozmówców sprowadza się do tego, że ambasador kontaktował się z politykami amerykańskimi będącymi w opozycji do administracji ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy.

 

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył w piątek, że zgadza się z oceną prezydenta USA Donalda Trumpa na temat sytuacji wokół kontaktów z rosyjskim ambasadorem. Trump wypowiadając się o naciskach w sprawie ustąpienia ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Jeffa Sessionsa oświadczył, że jest to "totalne polowanie na czarownice". - Po wyczerpującej definicji sformułowanej przez prezydenta Trumpa nie mamy nic do dodania - powiedział Pieskow.

 

Sessions "nie zrozumiał pytania"

 

Dziennik "Washington Post" podał w środę, że Sessions podczas posiedzenia senackiej komisji sprawiedliwości zeznał, że nie miał w czasie kampanii wyborczej kontaktów z władzami rosyjskimi. W czwartek Sessions przyznał, że jeszcze, gdy nie był ministrem, a senatorem i doradcą sztabu Trumpa, spotkał się dwukrotnie z ambasadorem Rosji. Jak tłumaczył, podczas przesłuchań w Senacie sądził, iż w pytaniu o przedstawicieli Rosji chodziło o kontakty w sprawie kampanii wyborczej.

 

"New York Times" ujawnił w piątek kolejne okoliczności kontaktów Kislaka i ludzi z otoczenia Trumpa, w tym jego zięcia Jareda Kushnera, podczas kampanii prezydenckiej i w okresie między wyborami a przejęciem władzy przez nową administrację.

 

Wcześniej doniesienia mediów w USA o kontaktach z ambasadorem Rosji doprowadziły do dymisji gen. Michaela Flynna, powołanego przez Trumpa na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego.

 

PAP