Motocyklista czeka na odszkodowanie, a sąd na świadka, który wypadku nie widział

Polska

Choć jechał zgodnie z przepisami i miał pierwszeństwo przejazdu, to został uznany przez prokuraturę za sprawcę wypadku. Arkadiusz Ziółkowski ze Śremu w Wielkopolsce najpierw stoczył sądową batalię o uznanie, że to nie on jest winny, a teraz walczy o 500 tys. zł odszkodowania. Sprawa przeciąga się, bo sąd chce przesłuchać świadka z Niemiec, który wcześniej zeznał, że wypadku nie widział.

36-letni obecnie Arkadiusz Ziółkowski jeszcze kilka lat temu pracował w wulkanizacji, był szczęśliwym mężem i ojcem. Dziś jest inwalidą. Stracił dom, rodzinę i pracę.

 

- Żona stwierdziła, że ma dosyć mojego chorowania  i takiego faceta już nie chce. Gdyby nie mama, to wylądowałbym na ulicy - mówi.

 

"Wbiłem się w samochód"

 

W kwietniu 2013 roku mężczyzna wracał motocyklem z pracy do żony i 3-letniej wówczas córeczki. Na jednej z poznańskich dróg zderzył się z oplem vectra, którym kierował Marek A.

 

- Byłem na głównej drodze, auto wyjechało mi z ulicy Hutniczej. Kierowca wymusił pierwszeństwo. Wbiłem się w ten samochód, nie byłem w stanie go ominąć - opowiada pan Arkadiusz reporterce "Interwencji".

 

Motocyklista w ciężkim stanie trafił do szpitala. Przeszedł kilkanaście operacji rąk i nóg. Obrażenia były tak poważne, że do dziś nie odzyskał sprawności. Wciąż czekają go kolejne operacje.

 

- Obie ręce miałem przez rok w gipsie. Potrzebne są operacje, ponieważ nie zrasta się kość przedramienia  wyjaśnia.

 

"Skoro motocyklista to najprawdopodobniej jechał brawurowo"

 

Tuż po tragicznym zdarzeniu sprawą wypadku zajęła się prokuratura w Poznaniu. Wówczas winnym wypadku uznano motocyklistę, choć jechał on drogą z pierwszeństwem przejazdu i zgodnie z przepisami.  

 

- To jest najbardziej bulwersująca część tej historii. Prokuratura popełniła błąd. Z góry założyła, że skoro motocyklista, to najprawdopodobniej brawurowo przemieszczał się po naszych drogach. Ktoś popełnił błąd, a on do tej pory płaci za niego - ocenił Borys Nowaczyk, pełnomocnik pana Arkadiusza.

 

Pan Arkadiusz po wyjściu ze szpitala zaczął walczyć w sądzie. Sędzia po przeanalizowaniu sprawy nie miał wątpliwości. Pomogła opinia biegłego, która wskazała, że to kierowca samochodu był sprawcą wypadku. 

 

- Opinia ponad wszelką wątpliwość pokazuje, że pan Arkadiusz poruszał się z administracyjną prędkością, nie wyprzedzał żadnego pojazdu, nie wykonywał żadnego ruchu, w którym zagrażał bezpieczeństwu ruchu - tłumaczy pełnomocnik.

 

Cztery lata bez odszkodowania

 

Pan Arkadiusz domaga się 500 tys. zł odszkodowania. Sprawa ciągnie się od czterech lat. Sąd przez kilkanaście miesięcy nie mógł odnaleźć bowiem świadka wypadku: kobiety, która obecnie mieszka w Niemczech.   

 

- Od roku nie mamy wokandy w tej sprawie. Czekamy na zeznania świadka, który prowadził samochód  przed panem Arkadiuszem, a który zeznał w postępowaniu prokuratorskim, że nie widział tego zdarzenia. Nie wie, czy pan Arkadiusz wyprzedzał, nie ma żadnej wiedzy na ten temat - powiedział Borys Nowaczyk. 

 

Mężczyzna na wyrok będzie jeszcze długo czekał. Żyje z renty inwalidzkiej - 1200 zł. Musi mu wystarczyć na alimenty, leki i rehabilitację. - Nie mam pieniędzy na leczenie, rehabilitację, na nic, ale nikt się tym nie interesuje - podsumowuje Ziółkowski.

 

Marek A. nie wyraził zgody na wypowiedź przed kamerą.

 

"Interwencja" 

ml/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze