Protesty miały miejsce w czwartek.

 

Oburzenie taksówkarzy wywołał fakt, że w planowanym dekrecie tzw. Milleproroghe (dekret rady ministrów, służący rokrocznie do regulacji najpilniejszych spraw w państwie) postanowiono przesunąć na przyszły rok wprowadzenie przepisów regulujących zasady, na jakich mieliby działać przewoźnicy typu Uber. Tym samym uważa się, że dekret faworyzuje międzynarodową firmę i służy liberalizacji zasad działania przewoźników osób.

 

Taksówkarze przekonują, że politycy nie chcą ukrócić serii nadużyć, na jakie pozwala sobie Uber i podobne do niego firmy, działające na zasadzie wynajmu samochodu z kierowcą.

 

Dekret jest wciąż dyskutowany w Senacie, dlatego to przed jego siedzibą zebrali się kierowcy protestujący w Rzymie. Podobne strajki odbyły się też w Mediolanie, Turynie i Florencji.

 

"To nie strajk, a protest"

 

Zdaniem kierowców, czwartkowe działania nie miały charakteru strajku, stąd też nie musiały spełniać jego wymogów - mieszkańców miast nie uprzedzono o planowanych utrudnieniach. A te okazały się znaczne, gdyż we włoskich metropoliach nie jeździły taksówki, w efekcie czego wiele osób spóźniło się m.in. na loty, pociągi czy spotkania.

 

W Mediolanie taksówkarze, jak sami przekonywali, spontanicznie zgromadzili się przed dwoma dworcami, gdzie jajkami obrzucali samochody działające na zasadzie wynajmu.

 

W odpowiedzi na protesty włoski minister transportu Graziano Delrio zapowiedział na przyszły wtorek spotkanie ze związkowcami w celu omówienia proponowanych przez nich zmian w opracowywanych obecnie przepisach.

 

Szanse na wprowadzenie oczekiwanych przez taksówkarzy zmian są jednak niewielkie. Po zatwierdzeniu przez Senat "Milleproroghe" musi trafić do Sejmu, gdzie powinien zostać przegłosowany do 28 lutego.

 

lastampa.it